Tablica ogłoszeń

Witam serdecznie!

Grupa Kreatywnego Pisania to długoterminowy projekt cotygodniowych wyzwań pisarskich z wykorzystaniem writing prompts. Więcej znajdziesz w zakładce "O projekcie".



TEMAT

Tydzień 115:

"On i jego siostra zostali pozostawieni w lesie na śmierć."

Słowa klucze: marcepan, wiadro, kurz, cement

Łączna liczba wyświetleń

Shoutbox

poniedziałek, 11 grudnia 2017

[69] You're not fooling anyone ~ Miachar



Oszronione gałęzie wegetujących, czarnych drzew. Mały staw schowany wśród zwiędłych trzcin za osiedlem identycznych domów jednorodzinnych. Miejsce, gdzie ktoś, kto nie lubi być wśród ludzi, może pobyć na spokojnie ze sobą i swoimi myślami.
Jak ja, na przykład. Zimowy i do tego wolny dzień był idealny na małą wycieczkę za dom. Nikt raczej nie miał mnie szukać przez kilka godzin, mogłam więc spacerować wokół stawu, nabijać kolejne okrążenia, pozbywać się kalorii i tego, co za bardzo zalega w głowie. A w niej nie siedziało mało rzeczy.
            Jeśli wszystko poszłoby tak, jak miało, jak było to zaplanowane, miała to być moja ostatnia zima w tym miejscu. Po prawie pięciu latach miałam opuścić to osiedle i udać się na drugi koniec kraju. Ktoś może powiedzieć, że taka kolej rzeczy, że to normalne. Może i tak, ale jako osoba, która w wieku siedemnastu lat miała za sobą sześć przeprowadzek, naprawdę pragnęłam większej stabilności, jeśli chodzi o miejsce zamieszkania. Może okres studiów coś zmieni w moim wędrownym życiu.

            Może. Albo i nie.
            W uszach słuchawki, z których powoli sączyła się lubiana przeze mnie muzyka. Równy krok, ciche nucenie wydobywające się z ust. Smak cynamonowej gumy do żucia nadal siedzący na wargach i podniebieniu. Słońce starające się wyjrzeć zza szarych, nisko wiszących chmur. Kilka ptaków przelatujących nad głową. Idealne okoliczności natury do bycia samemu ze sobą.
            Miałam w nogach już dwa okrążenia wokół wodnego zbiornika, a to miał być dopiero początek spaceru. Wtedy mój wzrok padł na taflę wody. Zamarznięta, jedynie pod jej warstwą można się było spodziewać jakichkolwiek pływów. Kusiła, by się do niej zbliżyć, dotknąć jej i sprawdzić wytrzymałość. A ja coraz bardziej ulegałam jej nawołaniom.
            Wahałam się dość długo - przeszłam kolejne okrążenie, zanim przystanęłam i rozejrzałam się wokół, by na czas wyłapać potencjalnych świadków moich działań. Nikogo nie napotkałam wzrokiem, co nie było aż takie dziwne, o tej porze normalni ludzie raczej pracują, robią zakupy lub załatwiają sprawy w urzędzie niż spacerują wokół stawu. Byłam sama, mogłam więc być tym dziwakiem, którego noszę w sercu.
            Miałam niemały problem, by dostać się na sam staw. Nieuważnie trafiłam na zaspę, noga ugrzęzła mi w śniegu powyżej kostki, prawie ją sobie przy tym zwichnęłam.
- Szlag - westchnęłam i próbowałam się uwolnić.
            Ktoś kiedy powiedział, że odbieranie czasu jest subiektywne, różne dla każdego człowieka. W tamtej chwili każda sekunda wydawała mi się minutą, choć cały proces wyciągania się ze śniegu nie trwał długo. Kiedy się zakończył, wzięłam głęboki oddech i zaczęłam zsuwać się pomiędzy trzciny.
            Dotarłam tam, gdzie zmierzałam. Powoli, odrobinę niepewnie, postawiłam stopę na tafli. Nic pod nią nie zachrzęściło, co wzięłam za dobry znak. Dostawiłam drugą nogę i czekałam. Kiedy nic się nie wydarzyło, równie powoli zaczęłam posuwać się dalej. Nie planowałam dotrzeć na sam środek stawu - za bardzo się obawiałam, że nie starczy mi odwagi, by stamtąd wrócić - ale chciałam przejść choć część jego średnicy.
            I pewnie nawet by mi się to powiodło, gdyby ktoś nie przerwał mi tej chwili ryzyka i samotności.
- Hej! - Zerknęłam przez ramię i ujrzałam stojącego na ścieżce chłopaka. Z tej odległości mogłam jedynie stwierdzić, że kogoś mi przypomina. - Uważaj na siebie, dziewczynko! - zawołał, a w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. - Stąpasz teraz po cienkim lodzie!
Rzuciłam mu spojrzenie pełne niedowierzania podsyconego złośliwością.
- Och, naprawdę? - wyszeptałam do siebie. - Nic takiego nie zauważyłam.
            Nie zważając na obecność kogoś trzeciego, ruszyłam dalej.
            Wtedy lód pod moimi nogami wydał z siebie dziwny odgłos. Nie pękania, ale tak, jakby na jego powierzchni coś się działo. Panika chwyciła mnie lodowatymi palcami za gardło.
- I gdzie leziesz, Stokrotko? - Ten sam głos rozbrzmiał raz jeszcze, tylko bliżej.
            Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam chłopaka. Stał zaledwie kilka metrów ode mnie i uśmiechał się złośliwie.
- Dlaczego mnie nie słuchasz? Powiedziałem ci przecież, że to cienki lód, po cholerę więc idziesz dalej? Chcesz tu utonąć jak wędkarz kilka lat temu?
            Przeszedł mnie dreszcz. Nie wiedziałam, że ktoś tutaj stracił życie, musiało się to wydarzyć, zanim się tu przenieśliśmy.
            Przełknęłam ślinę, w słuchawkach już od kilku minut panowała cisza. Playlista się skończyła, pozbawiona ciągłego zmuszania do pracy odpoczywała, a ja prawie umierałam ze strachu, że lód się pode mną załamie. Boże, jaką idiotką byłam, skoro sama się tu pchałam.
- Nie zbliżaj się - powiedziałam głośno, by chłopak mnie usłyszał. - Stój tam, gdzie jesteś, ja się zaczynam wycofywać.
            Nie wiedziałam, czy mnie posłucha - pewnie nie, nie miałam siły przebicia - ale nie dbałam o to zbytnio. Włączył się u mnie instynkt samozachowawczy, który kazał oddalić od siebie wizję niebezpieczeństwa. Tak samo, jak szłam po stawie, wycofywałam się, starannie stawiając kolejne kroki.
            Byłam już dość blisko miejsca, skąd zeszłam na lód - tak przynajmniej mówiło mi to, co widziałam, kiedy zerkałam za siebie - i wtedy poczułam ucisk palców na łokciu. Wystraszona prawie podskoczyłam w miejscu.
- Aish! - wyrwało mi się z ust, co wywołało śmiech.
- Nie sądziłem, że tak łatwo dasz się przestraszyć. - Spojrzałam na chłopaka i miałam wielką ochotę uderzyć go w twarz. Nieważne, że rozpoznałam w nim Profesora, swojego sąsiada, który od tamtego pamiętnego zdarzenia z gazem pieprzowym nie dawał mi spokoju. Przyglądał mi się uważnie i uśmiechał w ten kpiący sposób, co stało się jego znakiem rozpoznawczym. - Wyglądasz jak jakaś zlękniona łania, wiesz? - Chwycił mnie mocniej i pociągnął ku sobie. - Chodź, wracamy na stały ląd.
            Wciąż spanikowana, z adrenaliną krążącą gwałtownie w żyłach, dałam mu się prowadzić. Na nowo normalnie zaczęłam oddychać, kiedy od tafli zbiornika oddzielały nas trzciny.
            Czułam się jak po nagłym, niespodziewanym biegu. Komórki mojego ciała uspokajały się szybciej ode mnie, w głowie miałam zamęt, a myśl, że mogłam coś sobie zrobić przez własną głupotę, wybijała się na tle innych i świeciła w umyśle niczym neon. Przykucnęłam i zamknęłam oczy.
            Nigdy więcej wchodzenia na zamarznięty staw. Nigdy. Więcej.
            Skoro przez kilka lat mieszkania tutaj nic podobnego nie przyszło mi na myśl… Dlaczego teraz tak mi odwaliło?
- Dziękuję - wyszeptałam, otwierając oczy i zerkając na Profesora. Ten prychnął i uśmiechnął się, tym razem z całkowitą pogardą. - Dziękuję za pomoc… Eideard.
            Profesor doskoczył do mnie i zatkał mi usta dłonią, a jego oczy ciosały pioruny.
- Cii! - wysyczał. - Powaliło cię? - Zaprzeczyłam ruchem głowy, czego nie zarejestrował, bo rozgląda się wokół.
            Kiedy nikogo nie wypatrzył, zabrał dłoń i odsunął się, wzdychając ciężko.
- Nigdy więcej tego nie rób - nakazał mi twardym głosem.
- Niby czego? - zapytałam odrobinę zdezorientowana. - Wchodzenia na lód czy wymawiania twojego imienia?
- Cicho! - krzyknął, a ja zadrżałam. Trochę się go bałam w tamtej chwili, co chyba dostrzegł. Przeczesał dłonią włosy i prychnął. - Przepraszam. Nie wiem, skąd się dowiedziałaś, ale… Po prostu nigdy mnie tak nie nazywaj, dobrze?
- Raczej nie będę miała okazji - zauważyłam. - Skoro wyjadę, nie będę cię spotykać, więc nie będzie to koniecznie.
- Byś się tylko nie zdziwiła.
            Spojrzałam na niego twardo. Nie rozumiałam tego, co miało się kryć za jego słowami, jeszcze bardziej nie wiedziałam, co się dzieje, kiedy zbliżył się o krok, uniósł dłoń, by chwycić nią moją brodę. Był tak blisko jak tego wieczora, kiedy psiknęłam mu w oczy gazem. Niebezpiecznie blisko.
            Przełknęłam ślinę, ale nie poruszyłam się w jakikolwiek sposób. To mogło przynieść zły efekt.
            Profesor przypatrywał się mojej twarzy, po czym uśmiechnął najbardziej przerażającym uśmiechem, jaki widziałam u człowieka. Wydawało mi się, że właśnie prześwietlił mi duszę i poznał wszystkie moje sekrety.
- Nie oszukasz nikogo, Deiji - zaśmiał się, po czym spojrzał na mnie z dziwnym błyskiem w oku. - W głębi duszy pragniesz mieć ze mną kontakt, być częścią mojego życia.
            Założyłam przed sobą ramiona, a całe napięcie wywołane tą sytuacją zniknęło, kiedy zdałam sobie sprawę, że chłopak sobie ze mnie żartuje.
- Kontakt z tobą to ostatnie, czego pragnę - powiedziałam. - Przynosisz same kłopoty, zadawanie się z tobą bez wątpienia grozi wizytą w więzieniu i to taką kilkuletnią.
- Czyli słyszałaś plotki?
- Może tak, a może nie.
            Puścił moją brodę, za to potarł swoją.
- Czyli twierdzisz, że masz zmysł obserwacji. Może jednak mi się przydasz…
- Nie mam zielonego pojęcia, o czym bredzisz.
            W powietrzu zabrzmiał dzwonek, obejrzałam się i ujrzałam zmierzającego w naszą stronę rowerzystę. W trakcie naszej rozmowy na ścieżce wokół stawu pojawiło się kilka osób. Mój czas samotni właśnie się zakończył.
            Przesunęłam się, by przepuścić bicyklistę, znalazłam się znowu dość blisko Profesora. Nie spojrzałam na niego, właściwie miałam dość jego towarzystwa.
- Nie musisz wiedzieć, o co mi chodzi - wyszeptał, niespodziewanie nachylając się do mojego ucha. - Wystarczy, że ja wiem, do czego mogę cię wykorzystać. - Znowu przeszedł mnie dreszcz, a on się odsunął. - Do zobaczenia niedługo, Deiji.
            Nim zdążyłam zareagować, ruszył przed siebie, mnie pozostało jedynie odprowadzić go wzrokiem.
            Nie wiedziałam, co się wydarzyło, nie miałam sił, by jakkolwiek sobie to tłumaczyć. Wciąż byłam rozstrzęsiona, a groźba chłopaka wpadła jak ziarno do mojego umysłu i właśnie zaczęła się zakorzeniać. Panka otoczyła mnie płaszczem i nie chciała opuścić nawet podczas powrotu do domu.
            A od tamtego dnia nie chciała mnie w ogóle opuścić. Czuwała przy mnie, kiedy skończyłam szkołę i wyjechałam na studia. Zawsze była obok, gdziekolwiek poszłam. Trwała przy mnie aż do dnia, kiedy znowu spotkałam Profesora.
            Wtedy poznałam, czym było to wykorzystanie, którym mi groził.
            I wtedy zmieniło się całe moje życie.

3 komentarze:

  1. Tak się właśnie zastanawiałam, czy jeszcze ktoś poza mną wykorzysta motyw lodu dosłownie. Szczególnie podobało mi się skorzystanie z chwili samotności, żeby być dziwakiem, którym się jest w sercu. Introwertycy rządzą! Fajne jest też to, że nie zrezygnowałaś z motywu groźby. No i nazwanie kogoś stokrotką również zbiera punkty. Tylko skąd u nastoletniego, jeśli dobrze zrozumiałam, chłopaka przezwisko "Profesor"? Wielce intrygująca postać. (Venusta)

    OdpowiedzUsuń
  2. " Byłam sama, mogłam więc być tym dziwakiem, którego noszę w sercu." - Awwww, kocham to zdanie :D Bardzo, ale to bardzo bardzo bardzo podoba mi się opis stawu i w ogóle przyrody. Uwielbiam! Niczego nie muszę się domyślać, nic nie jest zawieszone gdzieś w powietrzu, wszystko daję radę sobie bez problemu wyobrazić. Za to wielki, ogromny plus. Co do całej historii - nie rozumiem co się właściwie stało i dlaczego. Lubię przeplatanie fantasy i rzeczywistości ale tutaj tego nie zakumałam. Bywa! :) Z przyjemnością mi się ciebie czyta!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak on mnie wkurza. No naprawdę, im więcej o nim czytam, tym bardziej mnie wkurza. Taki pewny siebie był i jest. Mam nadzieję, że w końcu powinie mu się noga. I to tak konkretnie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Szukaj tekstu