Tablica ogłoszeń

Witam serdecznie!

Grupa Kreatywnego Pisania to długoterminowy projekt cotygodniowych wyzwań pisarskich z wykorzystaniem writing prompts. Więcej znajdziesz w zakładce "O projekcie".



TEMAT

Tydzień 115:

"On i jego siostra zostali pozostawieni w lesie na śmierć."

Słowa klucze: marcepan, wiadro, kurz, cement

Łączna liczba wyświetleń

Shoutbox

poniedziałek, 27 listopada 2017

[67] Zemsta Deszczu ~ Tris



            Zeskoczyła z bieżni i odetchnęła głęboko. Było jej gorąco jak cholera. Pot dosłownie lał się z niej, ale to dobry znak. Odwaliła kawał dobrej roboty, wciąż i wciąż pracując nad swoją kondycją. Czuła się zmęczona, ale naprawdę zadowolona. Chyba tylko po wizycie na siłowni miała taki dobry humor.
            Po tym wszystkim, co wydarzyło się w jej życiu, dobry humor był rzadkim zjawiskiem. Jednak ćwicząc i wyciskając z siebie siódme poty, mogła wyzbyć się całej negatywnej energii. W ten sposób wyładowywała żal, gniew i nienawiść. W ten sposób przybliżała się, chociaż minimalnie do swojego celu.
            Zresztą bieżnia czy inne ćwiczenia fizyczne dawały jej też czas do namysłu. Do tego, by poukładała sobie w głowie pewne rzeczy, zamiast bezsensownie drążyć przeszłość.
            Chwyciła swoją butelkę wody i ręcznik i ruszyła w stronę damskiej szatni. Teraz marzyła tylko o porządnym prysznicu. Zgarnęła z szafki potrzebne rzeczy i skierował kroki właśnie pod prysznice.

            Weszła do jednej z kabin i zdjęła z siebie ubrania, po czym odkręciła kurek z wodą. Wyszorowała się dokładnie. Nie mogła przecież śmierdzieć, gdy stamtąd wyjdzie. Przez dłuższą chwilę rozkoszowała się jeszcze ciepłą, wręcz gorącą wodą. Po chwili jednak znacznie zmniejszyła jej temperaturę, żeby ostudzić się nieco po wysiłku fizycznym i kąpieli.      
            Dokładnie umyła włosy i spłukała pianę, zamykając oczy. Starała się jednak ich nie zalać. Tak samo, jak uszu. Nienawidziła tego. I choć czasami czuła się głupio z powodu tych dziwnych nawyków, nie mogła nic na to poradzić.
            Wytarła się ręcznikiem i ubrała w świeże, a przynajmniej świeższe od stroju do treningu, ubrania i wyszła z kabiny. Cichy rzuciła na ławkę i podeszła do przyczepionej do ściany suszarki. Na zewnątrz wciąż było zimno, więc nie mogła wyjść z mokrą głową.
Wróciwszy do szafki, spakowała wszystko do torby i opuściła szatnię. Przy wyjściu natknęła się na chłopaka, którego widziała na siłowni. Był przystojny, choć nie w jej typie. Nigdy nie przepadała za blondynami. A on miał typowy, złocisty blond. Nieco przydługi kosmyk grzywki najwyraźniej łaskotał go po czole, bo nieznajomy zmarszczył brwi.
            Uśmiechnąwszy się, przepuścił ją szarmancko w drzwiach. Miał ładne niebieskie oczy, ale nie poświęciła mu ani jednej myśli więcej. Nawet jeśli był przystojny, nie była zainteresowana. Skinęła tylko głową w podziękowaniu i ruszyła w stronę mieszkania.
            Założyła słuchawki i włączyła muzykę w telefonie. Potrzebowała jej, mimo tego, że słuchała swojej play listy cały czas w siłowni. Odkąd zamieszkała w nowym miejscu, nie rozstawała się ze słuchawkami. Ale muzyka nie grała głośno.
            Lucy cały czas pozostawała czujna wobec otaczającego ją świata. Toteż nie uszło jej uwadze to, że blondyn cały czas podążał za nią. Przez pierwszy kwadrans nie zwracała na to zbytniej uwagi. Każdy miał prawo iść w tamtą stronę, ale im bardziej zbliżali się do mieszkania, czuła niepokój.
            Kilka razy obejrzała się pod pretekstem jakiegoś przechodnia lub gołębi, by kątem oka upewnić się, że nieznajomy za nią podąża. I tak też było. Oczywiście wiedziała, że nie może panikować. To mógł być zwykły zbieg okoliczności i tym najprawdopodobniej był. Jednak znając realia miasta, w  którym żyła, ciężko było zignorować takie rzeczy. Niebezpieczeństwo czyhało dosłownie wszędzie.
            Miała nadzieję, że gdy skręci w jedną z węższych uliczek, która prowadziła do jej apartamentu, ich drogi zwyczajnie się rozejdą. Niestety, gdy tylko skręciła w lewo, on zrobił to samo. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się co dalej. Wyciszyła muzykę w słuchawkach, by słyszeć jego kroki, ale nie zdjęła słuchawek, by się nie zdradzić.
            Nie przyspieszyła też kroku, ani zbytnio nie oglądała się za siebie. Musiała zachowywać się naturalnie. Jednak gdy w oddali ujrzała ostatnią prostą, nieco się spięła. Nieopodal zobaczyła bezdomnego mężczyznę, siedzącego na jakiś kartonach, owiniętego kocem. Wygrzebała z kieszeni kilka dolarów i niespiesznie podeszła do niego.
            — Proszę – powiedziała z uśmiechem i wrzuciła pieniądze do kubka, który trzymał w dłoni. Mężczyzna w odpowiedzi skinął jej głową i wyszczerzył buzię, prezentując ubytki w zębach. – Życzę zdrowia.
            — Dziękuję bardzo. Dziękuję.
            — Nie ma za co – skwitowała Lucy i kątem oka spojrzała w stronę blondyna.
Niestety nie zdążył jej minąć, ale nie mogła tego przedłużać. Ruszyła dalej. Zdecydowała się jednak pójść do domu inną drogą. Nie od frontu, lecz przejść przez ciemniejszy zaułek i podwórze i wejść do mieszkania drogą pożarową. Jeśli blondyn podąży za nią tamtędy, zwyczajnie użyje gazu pieprzowego, który nosiła na wszelki wypadek. Miała jednak nadzieję, że nie będzie musiała go użyć.
Jednak, gdy skręciła w zaułek koło śmietników i przeszła przez podwórko, na którym bawiła się banda dzieciaków, wiedziała, że nie ma już odwrotu. Zeszła z zasięgu wzroku dzieci i zaczaiła się za rogiem. Gdy tylko blond czupryna wyłoniła się zza muru, pchnęła go na ziemię i popryskała gazem pieprzowym.
Co prawda umiała się bronić, ale nigdy jeszcze z tych zdolności nie korzystała. Zresztą wolała mieć asa w rękawie i wykorzystać gaz pieprzowy. Niech się na coś przyda, skoro już go miała.
— Dlaczego mnie śledzisz? – warknęła, gotowa, by uraczyć nieznajomego kolejną dawką gazu.
— Czekaj! Czekaj! – krzyknął, zasłaniając oczy. – Nie śledziłem cię!
            — Nie? To dlaczego za mną szedłeś?
            — Mieszkam niedaleko. Chodzę tędy na skróty – wycharczał, przecierając oczy. – Cholera, ale piecze…
            — Naprawdę? – przeraziła się Lucy.
            — Mieszkam w tamtym bloku, widzisz ten balkon z kwiatami? Ten po prawej stronie? To tam…
            — Jezu, przepraszam – jęknęła Rain i pomogła mu wstać. – Naprawdę przepraszam, wejdźmy do mnie, trzeba coś szybko zaradzić – mówiła szybko, a ręce jej drżały. Nie chciała zaatakować niewinnego człowieka. Pomogła mu się wspiąć po schodach. Nie zrobiła mu dużej krzywdy, ale oczy miał strasznie przekrwione. – Już prawie. Ok. – Otworzyła drzwi i wpuściwszy go do środka, usadziła na kanapie. – Zaraz przyniosę jakąś czystą szmatkę i wodę. I jakieś krople.
            — Nic mi nie będzie…
            W tej chwili cieszyła się przynajmniej, że zna podstawowe zasady pierwszej pomocy i temu podobnych rzeczy. Przyniosła wszystko, co potrzebne.
            — Odchyl głowę – rozkazała i delikatnie polała odrobinę wody na oczy. Przecierała je gazikiem od zewnętrznego kącika do wewnętrznego, próbując oczyścić najpierw okolicę oczu. Dopiero później zajęła się samymi gałkami ocznymi. Na szczęście miała odpowiednie krople do oczu. W kubku parzyła się już herbata rumiankowa. – Lepiej?
            — Będę żył – powiedział chłopak, przyglądając jej się z dość bliska. – Przynajmniej wszystko widzę. Tylko trochę piecze…
            — Naprawdę, naprawdę przepraszam…
            — Jak masz na imię? – zapytał nagle. – Jestem Vincent Garcia.
            — Jestem… Lucy… Lucy Rain.
            — Piękne imię – stwierdził z uśmiechem Vincent. – Ty też jesteś piękna – dodał po chwili.
            — Chyba jednak nie widzisz zbyt dobrze – mruknęła pod nosem i zmusiła go, by odchylił głowę. Zdziwił się lekko, być może spodziewając czegoś z lekka innego, niż mokre ekspresów ki z herbatą rumiankową, które położyła mu na oczy. – Posiedź tak chwilę. Rumianek powinien załagodzić pieczenie.
            — Dużo wiesz na ten temat.
            — Cóż…
            — Od jak dawna tu mieszkasz? – zapytał Vincent, wiercąc się. Już chciał ściągnąć okłady z oczu, ale Lucy go powstrzymała. – Nie widziałem cię tu wcześniej.
            — Mieszkam tu od jakiś dwóch tygodni.
            — Ale jesteś stąd?
            — Stąd… Nie. Wcześniej mieszkałam na obrzeżach Los Angeles.
            — A więc przybyłaś z Miasta Aniołów? – zaśmiał się Vincent. – Tam też piękne dziewczyny atakują ludzi?
            — Przepraszam. Podążałeś za mną całą drogę z siłowni. Przestraszyłam się.
            — Nie szkodzi. To był żart.

3 komentarze:

  1. Vincent, huehue. Wyszedł z siłowni i dał się zaatakować jakieś kobiecie. Nie no, nabijam się, ale jakoś tak mi się podobne złośliwości cisną na usta po przeczytaniu. Bardzo fajny tekst :) Do tego plastyczny i dający się wyobrazić - dlatego tak siadam na Vincenta, bo w mojej głowie naprawdę wyglądał zabawnie. Ładne ujęcie tematu. Coś mi mówi, że z tej historii mogłoby być coś więcej.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, ależ tam jest dużo więcej. Zapomniałam wspomnieć o tym na początku rozdziału, ale Zemsta Deszczu to blog, nad którym wciąż pracuję. Wierzę, że pojawił się na gpk już jeden fragment z tego, a oto kolejny, który pomógł mi zacząć kolejny rozdział. Także to będzie, będzie :D
      A Vincent tak, ale i na to, że dał się pokonać, jest wyjaśnienie :D

      Usuń
  2. Kusisz ZD i kusisz, a efektów nie widać. Chyba czas coś w tej sprawie zrobić.
    I znów Vincent. Wybacz, ale przez moment zobaczyłam Razanno i zaczęłam się śmiać. Zresztą ten temat można było naciągną na niego i Allie, ale tam.
    Sympatyczny fragment. Proszę o więcej.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Szukaj tekstu