Tablica ogłoszeń

Witam serdecznie!

Grupa Kreatywnego Pisania to długoterminowy projekt cotygodniowych wyzwań pisarskich z wykorzystaniem writing prompts. Więcej znajdziesz w zakładce "O projekcie".



TEMAT

Tydzień 115:

"On i jego siostra zostali pozostawieni w lesie na śmierć."

Słowa klucze: marcepan, wiadro, kurz, cement

Łączna liczba wyświetleń

Shoutbox

poniedziałek, 6 listopada 2017

[64] Dwie fuchy ~ Justyna W-R.



Dwie fuchy.

            – Jesteś klasowej światy muzykiem za dnia i płatnym zabójcą w nocy. Pewnego razu zostajesz poproszony by wystąpić na pogrzebie młodej kobiety, po to by zorientować się, że była jedną z twoich ofiar – przeczytała na głos autorka i roześmiała się. – Klasowej światy. A to dobre!
– Ja nawet siebie nie ogarniam, a niektórzy bohaterowie książek mają dwie fuchy. W domu sterta prania, koc z kanapy pamięta obiad sprzed miesiąca. Ciekawe tylko kiedy ci bohaterowie śpią? I jak koncertują wieczorami? Przecież taki muzyk to głównie wieczorem gra, gdzie tu czas na zabijanie? I czemu właściwie zabijać tylko nocą? W dzień nie można? – zapadła w zadumę pisarka–hobbystka. W jej głowie pokazała się postać zabójczo (hehehe) przystojnego Alvaro....


             Alvaro odrzucił wyżelowany lok z wypielęgnowanego, wysokiego czoła. W prawej dłoni ściskał smyczek, w lewej, dla równowagi, skrzypce. Ukłonił się i zerknął na zegarek.
– Ouuuu! – zaskowyczał. – Już osiemnasta!
Ukradkiem uciekł ze sceny. W garderobie szybko zdjął wytworny frak i naciągnął na głowę kominiarkę. Zerknął w lustro.
– U, la la! – zaklął. Wykwit z żelu zdobił kaszmirową kominiarkę od Prady.
Z chlebaka wyciągnął zapasową i czepek.
– No, teraz to que szique! – szepnął z czułością do swojego odbicia. Pomacał kieszenie, żeby sprawdzić czy zestaw ceramicznych noży, najlepszych na świecie, (osiem noży plus obieraczka do cytrusów gratis), jest na swoim miejscu. Torebkę przerzucił na plecy, otworzył okno.
– Brrrr – zamruczał, gdy zimne powietrze owionęło obcisły, czarny top i legginsy. – Zimno. Dzisiaj nie idę!
Alvaro zatrzasnął okno. Podszedł do lustra, podkręcił wąsa i mrugnął do swojego odbicia.
– Dziś, piękny, czeka nas ostra randka! Co powiesz na małe vis'a'vis?

Naciągnął na strój płatnego zabójcy kaszmirowy płaszcz od Luisa Viuttona i wyszedł z Filharmoni.
Autorka spojrzała na bohatera z oniemiałym wyrazem twarzy.
– Miałeś mordować, Alvaro! – powiedziała. – Jesteś za mało krwiożerczy! Już ja cię nauczę życia.
Alvaro spojrzał w górę i wyciągnął środkowy palec w stronę bezchmurnego nieba. W tym samym momencie zaczęło padać i temperatura gwałtownie spadła. Autorka chichotała złośliwie. Na nieosłoniętych łydkach mężczyzny pojawiła się gęsia skórka.
– Rybaczki w październiku to nie był najlepszy pomysł, hę? – zapytała autorka zacierając łapki.
Alvaro zatrzymał się i z bezczelnym uśmiechem rozpiął płaszcz, po czym ponownie wystawił środkowy palec w stronę nieba.
– O ty paskudo! – zaskrzeczała autorka.
W tym samym momencie, zupełnym przypadkiem, przejeżdżający nieopodal samochód ochlapał mężczyznę od stóp do głów. Jego kaszmirowy płaszcz przypominał coś, co kot przyniósł z dworu.
– No dobra, jestem zdenerwowany – przyznał Alvaro. Rozejrzał się po czym klasnął. – Patrz, zabiłem komara. Jestem taki zły! Grrrr.
Alvaro zrobił groźną minę.
– Nie jestem przekonana – powiedziała autorka. – Ale jesteśmy na dobrej drodze.
Zawiał wiatr. Alvaro zapiął mokrą kapotę, jednak zimne, przenikliwe powietrze pieściło go dość stanowczo. Postawił kołnierz i, entuzjastycznie powarkując, ruszył w stronę domu. Z zamyślenia wyrwał go sygnał nadejścia wiadomości.
" Chej Miśu. Masz na jótro fóhę. Grarz na pogszebie. Ul. Szosa Farfoclowska 3, godź 10:zero zero, krypta Be6. I pamiętaj, jak kawa, to tylko Czarna! (R). Sms zawierał tajemnicze i niepostrzeżone lokowanie produktu. Pozdrawiam i padam do nurzek! Twoja menażerka, Justyna"
– U la la – zaklął szpetnie Alvaro. Zastanowił się, jak będzie grać, skoro jego rybaczki przypominały obraz nędzy i rozpaczy? Może jeszcze zdąży je uprać i wysuszyć?

            Ranek zastał go w łóżku, co nie było ani zaskakujące, ani warte wspomnienia, ale od czegoś trzeba było zacząć akapit i zaznaczyć, że jest już następny dzień. Alvaro szybko zerwał się z łóżka.
– Chrrrr – doleciało z ust bohatera.
– Halo, halo! – krzyknęła autorka. – ALVARO SZYBKO ZERWAŁ SIĘ Z ŁÓŻKA!!!
– Już, już – powiedział mężczyzna po czym szybko zerwał się z łóżka. Z paniką poleciał w stronę kaloryfera. Uff, rybaczki wyschły!
Była ósma, miał jeszcze godzinę na przygotowanie się do występu. Zrobił dwa skłony, po czym złapał się za kręgosłup.
– Ech, te dwa etaty mnie wykończą! – westchnął i podreptał do kuchni.
Ekspres buczał, a Alvaro wymrukiwał inwektywy w stronę autorki tekstu.
– Co to za pomysł z tym zabójcą i muzykiem? Przez te wszystkie stresy nie panuję nad sobą, a przez tą szaloną babę i jej pomysły mam ciągle upierdolone rybaczki. W końcu mi wyblakną od ciągłego prania.
– Ej, kochany, to nie był mój pomysł! Odwal się. I nie zadzieraj ze mną, bo wiesz, że to się dobrze nie kończy – odcięła się autorka.  
Alvaro siorbał kawę bez cukru, ponieważ autorka zniknęła mu cały, gdyż jej ego było kruche jak ciasteczka maślane.
Ubrał się szybko w wytworny frak i szykowne rybaczki, do tego dobrał botki. Przy każdym ruchu na jego łydkach frywolnie podrygiwały sporadyczne, ale okazałe czarne włosy. W rękę złapał futerał z instrumentem. Na zewnątrz już czekała czarna limuzyna, która zawiozła go na cmentarz.
            Gdy dotarł na miejsce tłum powoli gęstniał. Wiedział, którędy ma iść. Jak dla większości światowej klasy muzyków granie na pogrzebach zupełnie nie znanych osób było typowym sposobem spędzania weekendów. Ludzie zgromadzili się w sporej sali. W centralnym punkcie widniała zamknięta trumna. Alvaro podszedł do niej i stanął z boku, zaraz za mistrzem ceremonii. Gdy zgromadzeni usiedli i zapadła cisza, prowadzący zaczął mowę. Wyszedł od paru frazesów po czym przeplótł je pęczkiem truizmów. Gdyby to była wiklina a nie bablanie, to efektem byłby całkiem zgrabny koszyk, niestety ze słów nic ciekawego nie wyszło. Jedynym efektem było ukradkowe ziewnięcie paru osób. Lepszy byłby koszyk, bo w ziewnięciu nie da się przynieść grzybów z lasu, a w koszyku owszem.
            Jednak, gdy Mistrz Ceremonii wymienił imię zmarłej, Alvaro drgnął.
– Rozalia Gdybiszewska była oddaną ateistką! I taką ją będziemy wspominać! Stopień jej oddaniości oceniam na 10/10 co może potwierdzić większość mężczyzn tutaj. A także niektóre kobiety. I rzeczywiście po sali przeszła meksykańska fala uśmiechów półgębkiem. Jednocześnie większości damskiej części zgromadzenia wymalowało się na twarzy wewnętrzne "Fuj!". Gdyby ktoś zwrócił w tym momencie uwagę na Alvaro zauważyłby u niego dziwny grymas. Coś takiego, co pojawia się na twarzach uczestników talent show, gdy słyszą pokrętną opinię na swój temat, z której ni cholery nie da się wywnioskować, czy "przechodzisz dalej" czy "oddaj fartucha", a później okazuje się, że się udało. Dla tych, którzy nie oglądają talent show mam wyjaśnienie. Można to porównać do miny, którą robi się wtedy, gdy nieobacznie przyznasz się do tego, że padasz z głodu, a twój sąsiad z PKSu z nieznoszącą sprzeciwu miną częstuje cię wymiętoloną kanapką z pasztetem. Po czym po pierwszym gryzie odkrywasz, że to domowy, pyszny chleb i najlepszy pasztet jaki w życiu jadłeś. Tak właśnie wyglądał Alvaro. Dynamika jego mimiki zaowocowała promiennym uśmiechem. Po czym nie bacząc na nic, rączym ruchem wskoczył na trumnę i zaczął grać. Jego naprężone łydki drgały w rytm muzyki. Grał całym sobą. Lok na czole błyszczał jak nigdy wcześniej. Sala zaniemówiła. Gdy skończył dyszał ciężko. Otarł pot z czoła, zeskoczył na ziemię i radosnym krokiem wyszedł. Gdy był przy drzwiach rozległy się gromkie brawa. Odwrócił się na pięcie i ukłonił.
Stanął przed drzwiami, westchnął i uśmiechnął się.
– Jednak ją zabiłem! – szepnął do siebie. Podskoczył z radości. – Udało mi się! Zabiłem ją! Juuhuuu!

6 komentarzy:

  1. Boskie! Przy ujebanych rybaczkach zarechotałam tak, że kot posłał mi naganne spojrzenie.
    Tak bardzo zazdroszczę ci płynności, plastyczności obrazu i dowcipu, że gdybyśmy nie były przyjaciółkami musiałabym cie znienawidzić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bosz. Dzięki! :D Kot ma racje, rybaczki to są passe i fujje!

      Usuń
  2. Aaa, wszyscy z jednej kapeli! Kwartet smyczkowy, czy Grupa Mo Zarta? A miałam dać mojemu bohaterowi w ręce klarnet, ale sobie myślę tak- e, jak głupi z tym klarnetem będzie latał. Poza tym wirtuozem klarnetowym to w jazzowej kapeli można zostać, a tam wiadomo sami mordercy, więc bez zaskoczenia.. I czekałam sobie na Twój tekst, no i pierwsze "takty słów" zagrały muzykę wesołą, wręcz rubaszną, aż prysiudy i hołupce zaczęłam wywijać, czym zaskoczyłam samą siebie, bo mnie w krzyżu łupie, a czasem też w d..e. ;) Genialny tekst! Dzięki za pozytywne emocje! Pozdrawiam, pozostając w ukłonie zapewne do przyjazdu lekarza od krzyży... ;) BUZIORY!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby tylko lekarz nie zaczął od progu wołać "Gdzie jest krzyż?". Skrzypce najprostsze i mniej więcej wiem co z nimi robić, a klarnet? Którą stroną to się w ogóle trzyma? Dzięki!

      Usuń
  3. Te rozmowy autorki i Alvaro przypominają mi moją walkę z moim Ruizem, który za Chiny ryżowe nie pozwala sobą dyrygować. Radość Alvaro na koniec i jego okrzyk rozbawiły mnie totalnie.
    To kolejny rewelacyjnie komiczny i przyjemny tekst w Twoim wykonaniu. Inne spojrzenie na temat, ubrane w lekkość i małe absurdy, ale do mnie przemawia. Proszę, ucz mnie pisać w podobnym tonie!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czegoż się innego spodziewać po Tobie, jak nie takiego zabawnego tekstu? Aż zaczęłam się zastanawiać, jak moi bohaterowie zareagowaliby na taki ruch z mojej strony. Chociaż nie, to akurat codzienność :D
    Przyjemny tekst rozbijający temat, a jednak go realizujący. Brawo.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Szukaj tekstu