Tablica ogłoszeń

Witam serdecznie!

Grupa Kreatywnego Pisania to długoterminowy projekt cotygodniowych wyzwań pisarskich z wykorzystaniem writing prompts. Więcej znajdziesz w zakładce "O projekcie".



TEMAT

Tydzień 115:

"On i jego siostra zostali pozostawieni w lesie na śmierć."

Słowa klucze: marcepan, wiadro, kurz, cement

Łączna liczba wyświetleń

Shoutbox

poniedziałek, 6 listopada 2017

[64] Z ZIEMI WŁOSKIEJ... ~ Marzena Agnieszka Gajewska



Z ZIEMI WŁOSKIEJ…     
–Maestro! Prosimy na scenę!
Jak zawsze przed koncertem musiałem mieć kilkanaście minut tylko dla siebie. Żadnych bodźców z zewnątrz. Te chwile były zawarte w każdym kontrakcie i umowie. Nie było od tego żadnych odstępstw. I tym razem organizator dopełnił wymaganych warunków. Stałem za czarną kurtyną. Czułem wszystkimi zmysłami ludzi po tamtej stronie. A oni czuli mnie. Orkiestra siedziała gotowa. Dyrygent stał obok. Skupiony równie mocno. Światła filharmonii wiedeńskiej przygasały. Chwilę później zastygły wszelkie szepty publiczności.
Trzy..dwa…jeden.. kurtyna w górę! Oklaski i jestem w niebie!

      Odkąd pamiętam– gram. Lubiłem muzykę, ale byłem dzieckiem. Chciałem też się bawić, kopać piłkę i łazić po kałużach. Niestety, zauważono we  mnie talent i tylko na tym się skupiono. Zatem, nie  miałem dzieciństwa. Nie miałem też młodości. Miałem tylko lekcje, ćwiczenia, przesłuchania, koncerty, konkursy. Mój ojciec, sadysta psychologiczny i fizyczny, niespełniony muzyk, któremu nie brakowało talentu, ale zabrakło samozaparcia spełniał we mnie swoje niezaspokojone ambicje. Matka zawsze stała obok. Obojętna i zimna. Nie rozumiałem do pewnego momentu, dlaczego ojciec mnie nienawidzi. Zrozumiałem później, gdy dorosłem i uznano mnie za młodego geniusza skrzypiec. Tego wieczoru, gdy po raz pierwszy zaproszono mnie do zagrania w najwspanialszej orkiestrze świata, gdy po koncercie noworocznym wróciłem z Wiednia do domu mój ojciec leżał chory. Promieniałem z radości i szukałem w nim choćby najmniejszego cienia dumy ze swojego jedynaka. Nie zobaczyłem. Na twarzy zgorzkniałego starca dostrzegłem za to nienawiść, zazdrość, frustrację i ból goryczy. Ani słowa pochwały. Ani jednego gestu uznania. Nic. Stałem nad jego łóżkiem i patrzyłem mu prosto w twarz. A on, ten stetryczały gnom zachrypiał:
– Teraz ci się udało, ale są lepsi od ciebie. Nic dobrego cię nie czeka.
Z mojej twarzy odpłynęła cała krew. Spojrzałem na rurki podłączone do tego wstrętnego człowieka, który nawet nie powinien nazywać się moim ojcem. Podążył za moim wzrokiem i w jego oczach ujrzałem przerażenie. On już wiedział. Ja też. W domu nie było nikogo oprócz nas. Jego stan był niestabilny. Mogło się wydarzyć wszystko. Podszedłem do aparatu z tlenem. Nie mógł nic zrobić. Nie mógł wstać i dać mi w twarz. Nie mógł zdjąć pasa i uderzyć. On już nie mógł nic, ale ja mogłem zrobić z nim wszystko… Patrzyłem jak umiera. Jakie to było miłe! Jakże wielką ulgę odczułem, gdy na monitorze popłynęła jasna, zielona, ciągła linia…
     Naturalnie, nikt mnie o nic nie podejrzewał. Bo niby jak? Zadzwoniłem po karetkę, że ojciec się dusi i nie wiem, co robić. Przyjechali, stwierdzili zgon i tyle.  Jeden z ratowników już przy wyjściu odwrócił się i zapytał, czy może wziąć dla córki autograf.
– Ja wiem, niech pan mi wybaczy, że w takiej chwili, ale być może nigdy pana nie spotkam, a nasza rodzina podziwia pana i po prostu uwielbia.. Bardzo przepraszam..
Dałem mu swoją płytę, na której grałem utwory mojego ukochanego Jana Sebastiana i podpisałem. Wtedy poczułem się tak jak po koncercie! Te same emocje. Cudowne uczucie spełnienia, spokoju i szczęścia! Uścisnąłem rękę ratownika medycznego i otarłem łzę, która nagle pojawiła się na moim policzku. Łzę wzruszenia i radości..
     Wiele czasu spędzałem w Austrii. Koncertowałem też po całym świecie w największych filharmoniach, z najwspanialszymi muzykami. Byłem szczęśliwy, ale nie do końca. Pamiętałem tamto uczucie i… brakowało mi tego. Czasem, patrząc w lustro zastanawiałem się, czy mógłbym to zrobić jeszcze raz. Odpowiedź zawsze była twierdząca. Podobno, gdy się bardzo czegoś pragnie, to się to spełni…
Po wielkim koncercie we włoskiej La Scala odbyło się ogromne przyjęcie na cześć muzyków. Na imprezę przyjechali wszyscy najważniejsi biznesmani, urzędnicy i… ojcowie mafii. Tak, tak. Oni również byli melomanami, uwielbiali sztukę i często byli też mecenasami wielkich wydarzeń. Życie, po prostu. Wypiłem nieco więcej szampana niż zwykle. Później odrobinę whisky. Panie były cudowne. Pachniały jak najpiękniejsze kwiaty. Jedna z nich, młoda panienka o włosach rudych jak miedź ciągle na mnie spoglądała. Nie mogłem się oprzeć. Podszedłem i chciałem się przedstawić zgodnie z etykietą. Dziewczyna uśmiechnęła się i szepnęła:
– Pan raczy sobie ze mnie żartować, maestro?
– W żadnym razie, signorina!
– A, zatem to ja się panu przedstawię. Jestem Gianna Binenti.
Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. Stałem oko w oko z córką największego mordercy we Włoszech! Ojca mafii, która nie brała jeńców. Potentata i bestii w jednym.
– Jestem zaszczycony!– skłoniłem się szarmancko i ucałowałem jej dłoń. Spłonęła pięknym rumieńcem.
– Jestem Polakiem, droga pani! Tak u nas okazuje się szacunek kobiecie. – rozmawialiśmy po włosku. Znałem kilka języków.
– Dziękuję. – wyszeptała Gianna. – Mój papa i ja jesteśmy pana wielbicielami. Czy mogę pana zaprosić do nas do domu? Znalazłby pan dla nas chwilę?
Na te słowa liczyłem. W mózgu coś mi przeskoczyło. Zapaliła się lampka, która za nic nie chciała zgasnąć.
– Z największą przyjemności, jeśli pani ojciec potwierdzi zaproszenie.
– Och, to oczywiste, maestro! Zaraz sam to pan usłyszy od papy!
Podałem jej ramię, a ona zaprowadziła mnie do stolika, przy którym siedział ON! Czterech ochroniarzy udawało gości, ale bacznie obserwowali każdy ruch i gest szefa oraz pozostałych uczestników przyjęcia. Doszliśmy do stolika. Gastano Binenti palił cygaro i wydawał się zadowolony z mojego przyjścia. Był przystojnym, starszym panem i nie wyglądał na mordercę. Jednak jego oczy…
– Papa, zobacz kogo udało mi się przyprowadzić! – radośnie oznajmiła Gianna.
Skłoniłem się przed Gastano. On skinął ręką z aprobatą i wskazał mi miejsce przy stoliku.
– Jestem zaszczycony, maestro! Od dawna chciałem pana poznać.– odezwał się głosem miękkim, prawie łagodnym z charakterystyczną chrypką południowca.
– Nie ukrywam, że ja również chciałem pana poznać. Jest mi bardzo miło.– odwzajemniłem komplement.
  Cóż ja! Zwykły fabrykant! Pan, maestro, to jest ktoś! Napijemy się czegoś?– podniósł lekko dłoń i już przy stoliku było dwóch kelnerów. Zamówiłem jeszcze jedną whisky. Gastano wziął to samo.
– Dla ciebie, moja droga? – zwrócił się do córki.
– Proszę odrobinę szampana.
Chwilę później mieliśmy wszystko na stoliku. Ochroniarze wyglądali jak surykatki.
– Papa, zaprosiłam pana do nas do domu i maesto się zgodził!
– To będzie dla nas prawdziwy zaszczyt!– szczerze ucieszył się mafioso. – Kiedy może nas pan odwiedzić?
– Choćby jutro. Mam kilka dni wolnych, które chciałbym spędzić inaczej niż dotychczas.
– Maestro, przecież pana życie jest takie cudowne!– szczebiotała Gianna. – Koncerty, wyjazdy, piękne miejsca. To fascynujące!
– Owszem, droga pani, to wszystko prawda. Ogromna radość i szczęście przepełnia mnie, gdy stoję na scenie i gram, jednak po koncercie, po przyjęciach i balach wracam do pustego pokoju w hotelu. Jestem sam. Nie ma nikogo. Pustka. A później nowe miejsce, nowy koncert i nowa… pustka…– wpadłem w melancholijny ton, aby zaproszenie do domu Binentich nie było tylko jednorazową kawą.
– To bardzo smutne… nie pomyślałam o tym… – dziewczyna spuściła głowę w zadumie.
– Och, nie chciałem pani zasmucać! Proszę się tym nie przejmować. Przywykłem do takiego trybu życia.
– Tak sobie myślę, maestro, że mamy wiele wspólnego. – odezwał się Binenti. – A, co by pan powiedział, gdybym zaprosił pana do swojego domu na te kilka dni, które ma pan zamiar spędzić w naszym kraju? Chciałbym pana bliżej poznać.
– Jeśli nie sprawię kłopotu, to z największą przyjemnością przyjmę zaproszenie.
– W takim razie jutro w południe przyślę po pana kierowcę.– Mafioso wstał. Wstałem i ja. Wtedy on wyciągnął do mnie dłoń. Byłem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Gastano Binenti uścisnął mi rękę, a jutro będę gościem w jego domu!  Czułem pod skórą, że nadchodzi nowe..   
                      
     Pięć następnych dni było dla mnie najpiękniejszymi chwilami. Co prawda, papa był niezwykle zajęty „interesami”, ale z córką bardzo się do siebie zbliżyliśmy. O, nie! Nie o takim zbliżeniu mówię! Życie mi było miłe! Zakochałem się w Giannie, tak prawdziwie. Ona we mnie też. Wkrótce wyjechałem w trasę. Z każdego zakątka świata słałem jej prezenty. Gianna uwielbiała malarstwo. Po koncertach odwiedzałem galerie i wystawy. W Paryżu natknąłem się na wystawę zbiorową, gdzie urzekły mnie prace pewnego malarza z Polski. Obrazy przedstawiały świat, jakiego nie ma w rzeczywistości, a może jest tylko, że nie każdy może go zobaczyć. Piramidy, białe światło, kilka słońc i mityczne kręgi. Każdy obraz miał swoją niepowtarzalną muzykę. Zakupiłem od artysty dwie prace. To był starszy już człowiek o imieniu Józef. Niezwykle sympatyczny. Wysłałem do Gianny jeden z obrazów, a malarz zgodził się nawet na skreślenie kilku słów dedykacji dla „narzeczonej”. Była zachwycona.
Innym razem, po koncercie w Krakowie znalazłem się na wernisażu krakowskiego artysty malarza. Pan Kazimierz wystawił swoje prace, na których w nieco rozmytych, pastelowych barwach pyszniły się pejzaże polskich łąk, dworki wśród starych drzew, jeziora w mglistych obłokach. Od artysty również zakupiłem dwa obrazy i oba wysłałem do Włoch. Gianna nie posiadała się z radości, gdy zobaczyła obraz starego dworku. Pytała, czy w Polsce są takie miejsca, bo chętnie by sobie taki dworek kupiła. Uruchomiłem kontakty i znalazłem piękny, aczkolwiek zaniedbany dworek na sprzedaż. Powiedziałem Giannie, że może być nasz pod warunkiem, że zamieszka w nim razem ze mną. To było preludium do oświadczyn. Nie zostałem odrzucony. Musiałem tylko uzyskać zgodę od papy…
Po roku zabiegów o rękę Gianny zdecydowałem się na przedstawienie mojej kandydatury jej ojcu. To było bardzo stresujące, ale okazało się, że nerwy były zupełnie niepotrzebne. Papa zgodził się na nasze małżeństwo. Z okazji zaręczyn wydał wielkie przyjęcie, na którym ogłosił wszystkim dobrą nowinę. Ślub zaplanowaliśmy we wrześniu. Do wesela zostało raptem cztery miesiące…
Mój agent dwoił się troił, żeby dopasować wszystkie terminy. Tabloidy i portale plotkarskie oraz brukowa prasa nie dawały nam spokoju. Paparazzy szaleli. Nie wiedziałem, że jeden z synów Enzo Ferro też był zakochany w Giannie. Chyba nikt o tym nie wiedział..
Przygotowania szły pełną parą. W sumie nic nas nie obchodziło. Papa wynajął najlepszych ludzi do obsługi wesela. My cieszyliśmy się sobą. Pewnego poranka siedzieliśmy w salonie papy, w którym mieściła się imponująca kolekcja białej broni z całego świata. Był nawet manekin ubrany jak prawdziwy samuraj uzbrojony w katanę i wakizashi.
Piliśmy poranną kawę, gdy lokaj zapowiedział gościa. Był to Jacob Ferro syn Enzo…
     Jacob wszedł do salonu z uśmiechem i rozłożonymi ramionami w geście powitania. Rodziny znały się od wielu pokoleń, więc Gianna wstała i przyjaźnie uściskała gościa. Jacob podał mi rękę i złożył gratulacje. Usiedliśmy, a Jacob zaczął wypytywać o przygotowania. Gianna opowiadała, a ja bacznie przyglądałem się Jacobowi. Coś mi w nim nie pasowało. Wyczułem w nim napięcie, nerwowość zakrywaną maską pozornego zainteresowania weselem. Facet rzucał nerwowe spojrzenia w stronę ogrodu, gdzie nawet ogrodnik był ochroniarzem i nosił broń. Na mnie zupełnie nie patrzył. Unikał mojego wzroku. Nagle wstał. Spod marynarki wydobył benelli kaliber dwadzieścia dwa. Zbladłem. Pierdolony Włoch celował we mnie! Obok siedziała miłość mojego życia, a ten gnojek we mnie mierzył!
– Miała być moją żoną – wysyczał przez zęby– a ty, polaczku nagle popsułeś mi szyki!   
Poczułem wściekłość, ale mój mózg zaczął pracować na ogromnych obrotach. Spojrzałem na Giannę. Była blada jak ściana i ze strachu wcisnęła się w ratanowy fotel. Tuż za mną stał samuraj. Coś przyszło mi do głowy. Musiałem grać na zwłokę.
– Jacob, porozmawiajmy.– odezwałem się cicho i uniosłem ręce do góry w geście pozornego poddania.
– Nie mamy o czym, polaczku! – syczał Jacob, a w kącikach jego ust pojawiła się biała ślina.
Wiedziałem, że nie odpuści. Wiedziałem też, że nie możemy zawołać po pomoc, bo głupi Włoch wystrzeli mi prosto w twarz.
– W takim razie, Jacob na co czekasz? Strzelaj! – powiedziałem bardzo niskim głosem, patrząc mu prosto w oczy.
– Jesteś twardy, polaczku! – Włoch patrzył na mnie z nienawiścią. Chyba spodziewał się, że będę prosił, płakał i skamlał. To się skurwiel przeliczył. Nagle moja narzeczona wstała. Ruch odwrócił uwagę Jacoba. Spojrzał na dziewczynę.
– Jacob, opuść broń. Cokolwiek zrobisz i tak już nie żyjesz. Mój papa… – szepnęła słabym głosem.
– Wiem, ale on  też nie będzie cię miał!
– W takim razie musisz zabić i mnie!– wyszeptała Gianna i rzuciła się w moją stronę. Teraz czas przyspieszył. Jacob zgłupiał na chwilę, ale w następnej sekundzie odzyskał równowagę. Wstałem powoli z fotela. Gianna stała przede mną. Odsunąłem ją za siebie. Wcisnąłem się z Gianną za fotel.  Cały czas patrzyłem Jacobowi prosto w oczy. Adrenalina szalała w moim ciele. Zrobiłem krok w tył. Na plecach poczułem rękojeść katany. Modliłem się, żeby była prawdziwa i ostra. Z lewej strony stała moja narzeczona. Jacob napawał się tym widokiem. Głupi Włoch. Zwlekał nie wiadomo po co, czym dawał mi czas na ocenę sytuacji. Kiedyś brałem lekcje szermierki. Tak dla zabawy. Miałem nadzieję, że właśnie teraz mi się przyda kilka wskazówek, które zapamiętałem. Sięgnąłem ręką za siebie. W dłoni poczułem chłodną rękojeść miecza. Jacob nie był głupi. Zauważył, że coś kombinuję.
– Jeden ruch, polaczku!– wysyczał znowu, a drobinki jego śliny rozprysły się w świetle porannego słońca.
Nie miałem już na co czekać. Jacob odbezpieczył broń. To były sekundy. Wyszarpnąłem katanę z pochwy. Stal błysnęła w powietrzu. W tym samym czasie broń Jacoba wystrzeliła… Gianna zasłoniła mnie swoim ciałem i padła na pastelowy dywan, na którym zaczęła pojawiać się czerwona plama jej krwi… Obaj staliśmy jak skamieniali. Na szczęście to ja pierwszy odzyskałem władzę umysłu. Zamachnąłem się i miecz samurajski ze świtem przeleciał w powietrzu, ścinając głowę pierdolonego Włocha. Zacząłem wyć jak potępieniec. Dopadłem do truchła Jacoba i siekałem jego podłe ciało. Nawet nie zauważyłem, że w salonie byli już wszyscy ochroniarze i służba.. Ciąłem dalej. Nikt mi nie przerwał…

          Nie pamiętam pogrzebu. Nic nie pamiętam. Nie chcę pamiętać. Nie żyłem. Nie chciałem oddychać. Moja Gianna.. Moja jedyna..  Gastano Binenti wypowiedział wojnę rodzinie Ferro. Zapowiedział, że zniszczy ich wszystkich. Mnie otoczył opieką jak własnego syna. Po dwóch tygodniach zaczęliśmy rozmawiać o tym, co i jak się stało. Miałem do niego tylko jedną prośbę.
– Panie Gastano, proszę, aby pan mi pozwolił włączyć się w wendettę.
Mafioso patrzył na mnie tymi swoimi przenikliwymi oczami, jakby sprawdzał moją wiarygodność, lojalność i siłę. Pokiwał głową ze zrozumieniem. Teraz zauważyłem, że strasznie osiwiał przez te kilka dni.
– Dobrze, Karolu. Dobrze. – wyszeptał. – Masz to tego pełne prawo. Jak to widzisz?
– Panie Gastano…– zacząłem. Przerwał mi.
– Mów do mnie „papa”. Traktuję cię jak syna.
– Papa.., więc myślę sobie tak. Rodzina Ferro prowadzi interesy na całym świecie. Wszędzie ma swoich ludzi. Ja też jeżdżę po świecie. Znam włoski, francuski i angielski. Na przyjęciach, na które jestem zapraszany baluje śmietanka towarzyska, wśród nich Ferro…
Gastano słuchał uważnie. Analizował możliwości. Jako Włoch, najchętniej po prostu wpadłby z giwerami do każdego z domów rodziny starego Enzo i rozwalał ich osobiście. Jednego po drugim, wydłubując oczy i ucinając języki, ale wiedział, że nie tak trzeba to załatwić.
– Jak chcesz to robić? Broń odpada..
– Są inne sposoby…
      
        Wróciłem na trasę koncertową. Każdy występ dedykowałem w swoim sercu mojej Giannie. Nigdy wcześniej tak nie grałem. Publiczność szalała z zachwytu. Byłem dla nich bogiem. Możni tego świata jeden przez drugiego zabiegali o moje względy. Kobiety chciały mieć ze mną dzieci. Ja żyłem tylko od koncertu do koncertu. Od śmierci do śmierci. Zabijałem swój ból  każdą ofiarą. 
Wszystko okazało się banalnie proste. Wybraliśmy z papą broń w sumie niewykrywalną. Nikt mnie nie podejrzewał. Przecież byłem bogiem!  Na przyjęciach pojawiali się Ferro. Wiedziałem o tym, ponieważ w kontraktach miałem nowy paragraf, który zobowiązywał organizatora do ujawnienia mi listy gości, którzy będą uczestniczyć w przyjęciach. Ze względów bezpieczeństwa, rzecz jasna. Przecież wszyscy wiedzieli, co mi się przytrafiło. Nie wiedzieli jednak, że poćwiartowałem Jacoba.  Ta wiadomość nigdy nie wyciekła z domu Gastano. Prasa napisała tylko, że w obronie własnej raniłem Jacoba, który mimo szybkiej akcji ratowniczej nie przeżył. Papa przydzielił mi dwóch drabów, którzy czuwali nad moim bezpieczeństwem i pomagali w dokonywaniu zbrodniczej zemsty.
Scenariusz był w zasadzie taki sam. Różnił się tylko okolicznościami. Dostawałem listę gości, wybierałem ofiarę i pozwalałem jej zbliżyć się do siebie na przyjęciu. Ofiara była szczęśliwa, że może przez chwilę przebywać w blasku mojej sławy. Pod koniec imprezy, gdy ofiara była już dostatecznie upojona radością i alkoholem dolewałem kilka kropel trucizny do strzemiennego i.. dziękując za wspólny wieczór, odchodziłem.
Trucizna była skonstruowana tak, że działała dopiero po kilku godzinach. Czasem nawet po dwóch dobach. Pracowali nad nią ludzie od papy. Wywoływała powolne zatrzymanie akcji serca. Powolne. Każdy lek przyjęty w trakcie działania trucizny potęgował jej działanie. Sprytne? Owszem. I tak nasza cicha, ale skuteczna wendetta trwała kilka lat. Rodzina Enzo malała. Nikt nie podejrzewał ani mnie, ani Gastano. Włosi są zabobonni i każdą śmierć w rodzinie przypisywali klątwie, jaką ściągnął na nich Jacob.
Pewnego dnia grałem we Francji. Jeden z synów tamtejszych bossów miał być na koncercie. Chłopak pochodził z rodziny Ferro. Dostałem listę gości przyjęcia wydawanego na moją cześć. Był na niej. Miałem więc robotę do wykonania.
     Koncert zakończył się jak zwykle pełnym sukcesem. Byłem radośnie podniecony. Godzinę po występie zawitałem na bal. Wielka gala jak zawsze. Wzrokiem ogarnąłem salę. Robiła wrażenie. Kryształowe lustra i żyrandole rzucały magiczne refleksy. Radosny gwar i subtelne śmiechy pań tworzyły piękną harmonię z muzyką, która sączyła się ze zgrabnie ukrytych głośników, nie zakłócając rozmów. Moi ludzie już wiedzieli, który stolik zajmuje młody Ferro. Zacząłem przechadzkę po sali…
Młody Ferro siedział przy stoliku z trzema facetami. Widziałem jego profil. Miał ładne rysy twarzy. Nie wyglądał na Włocha. Jego jasne włosy były lekko zaczesane do góry. Podczas moich obserwacji podeszła do mnie grupka ludzi, gratulując koncertu. To zwróciło uwagę młodego Ferro. Podszedł również i już był mój.
Zaprosił mnie do stolika. Rozmawialiśmy, piliśmy jak starzy znajomi. Co chwila ktoś do mnie podchodził po autograf lub choćby uścisnąć mi dłoń. Noc stawała się brzemienna i czułem się już nieco zmęczony. Czas zakończyć sprawę. Gdy po raz ostatni zamówiłem kolejkę młody Ferro był już nieco wstawiony. Zostaliśmy sami przy stole. Kelner postawił na blacie nasze drinki i szybko się oddalił. W mankiecie koszuli miałem spinkę, w której znajdowała się trucizna. Wziąłem szklankę do ręki i wprawnym ruchem nacisnąłem spinkę mankietu. Krople spłynęły do drinka. W trakcie manewrów cały czas mamiłem rozmową moją ofiarę, która niczego się nie spodziewając bawiła się świetnie.
– No, przyjacielu!– zawołałem głośno. – Czas na strzemiennego, bo już dość późno!
– Ech, maestro! – mlasnął już dość niewyraźnie Ferro. – Ma pan tęgą głowę! Nie to co ja!
– Dasz radę, przyjacielu! No, to na pożegnanie! – uniosłem swoją szklankę. Ferro wziął drinka  i stuknęliśmy się szkłem. Już miał wypić, gdy nagle przy stoliku pojawiła się dziewczyna o śniadej karnacji i kruczoczarnych włosach. Ze śmiechem zabrała szklankę z dłoni chłopaka, stuknęła w moją wesoło wołając:
– Maestro, on już chyba nie da rady! Ja z panem wypiję!– i nim zdążyłem cokolwiek uczynić wychyliła drinka do dna.
Oniemiałem. Nie znałem tej dziewczyny i nie chciałem wiedzieć kim ona jest. Podziękowałem zatem szybko za towarzystwo i czym prędzej wyszedłem z przyjęcia. Nazajutrz wyjechałem z Paryża.

       Leżałem na tarasie w domu Gastano. Odpoczywałem po trasie. Ostatnia akcja wytrąciła mnie nieco z równowagi. Musiałem odpocząć. Gdy tak sobie drzemałem przyszedł lokaj i poinformował mnie, że ktoś do mnie dzwoni. Skinąłem głową, że odbiorę. Lokaj podał mi telefon.
– Słucham!– rzuciłem niedbale.
– Dzień dobry, maestro!– w słuchawce odezwał się bardzo zapłakany głos kobiety.– Maestro wybaczy, że ośmielam się dzwonić, ale mam ogromną prośbę. Nazywam się Emanuela Peria.  Nie wiem jak mam to panu powiedzieć…
– Proszę mówić, słucham w czym mogę pomóc?– nazwisko nic mi nie mówiło.
– Otóż, wczoraj wieczorem zmarła nagle moja córka. Jutro jest pogrzeb. Ona pana uwielbiała. Chcę pana prosić o wykonanie Adagio na jej pogrzebie…– kobieta zawiesiła glos. Jej prośba mnie nieco zdenerwowała. Za kogo ona mnie ma? Nie jestem pogrzebowym grajkiem, na Boga! Opanowałem jednak emocje i jak najłagodniej powiedziałem do telefonu:
– Łaskawa pani, bardzo mi przykro z powodu śmierci pani córki, ale nie grywam na pogrzebach.
– Och, maestro! Nie chciałam pana obrazić! – przestraszyła się kobieta po drugiej stronie.– Proszę tylko o zagranie jej ulubionego utworu. Tylko dla niej. Nikt nie musi wiedzieć, że to pan. Zorganizujemy wszystko tak, żeby nikt pana nie zobaczył. Chodzi tylko o spełnienie ostatniej woli mojej córki. Tuż przed śmiercią wyraziła takie życzenie. W przeciwnym razie nigdy nie ośmieliłabym się do pana dzwonić!– tłumaczyła rozedrganym głosem. Zastanowiłem się. W sumie, jeśli tak zorganizują, to czemu nie!  
– Dobrze. Skoro pani zorganizuje wszystko tak, aby nikt nie wiedział o mojej obecności, to zagram.
W słuchawce nastała cisza. Po chwili kobieta odezwała się przez łzy.
– Bardzo dziękuję. Jestem zobowiązana. Pogrzeb Any jest jutro w południe. Około godziny jedenastej przyślę po pana samochód. Wszystko odbędzie się w największej tajemnicy. Bardzo dziękuję.– i połączenie zostało zakończone.
Usiadłem na kanapie. Spoglądając na winnicę zastanawiałem się po jaką cholerę się zgodziłem. Sam do siebie zaśmiałem się głośno! Ot, światowej sławy skrzypek zagra na pogrzebie! Ha, ha!

      Nazajutrz  o umówionej godzinie zajechała limuzyna z zaciemnionymi szybami. Papa upierał się, żeby jeden z ochroniarzy pojechał ze mną. Gastano dziwił się, ale nie komentował. Nakazał tylko ostrożność. Jechaliśmy około piętnastu minut. Mały cmentarzyk otoczony był drzewami. Kierowca limuzyny stanął na niewielkim wzniesieniu skąd widziałem wszystko doskonale. Biała kapliczka jaśniała na końcu cmentarza. Zauważyłem, że tuż przy kaplicy otwarto pieczarę. A więc tam będzie złożone ciało dziewczyny. Na cmentarzu jeszcze nikogo nie było. Wszyscy siedzieli w kościele na mszy żałobnej. Zapytałem kierowcy, gdzie mam grać. Odpowiedział, że wszystkim zajmuje się mistrz ceremonii, który zmierzał już w naszą stronę. Kaplica miała niewielką wieżyczkę i właśnie tam mnie zaprowadzono. Widziałem wszystko jak na dłoni–  cały cmentarz i rzecz jasna,  grobowiec rodziny Peria. Za to nikt nie mógł dojrzeć mnie. Mistrz ceremonii poinformował również, że uczestnicy pogrzebu nie mają pojęcia o mojej obecności, ponieważ spodziewają się tradycyjnie muzyki mechanicznej. Byłem zadowolony, choć nieco głupio się czułem, ale było już za późno, żeby się wycofać.  
Przygotowałem skrzypce i czekałem na orszak pogrzebowy. Wkrótce pod bramę cmentarzyka zaczęły podjeżdżać samochody. Wielki wóz pogrzebowy wtoczył się po wysypanej białym kamieniem drodze. Pracownicy zakładu pogrzebowego sprawnie wysunęli trumnę. Sześciu mężczyzn stało obok samochodu, aby na własnych ramionach zanieść trumnę z ciałem dziewczyny na miejsce wiecznego spoczynku. I wtedy go zobaczyłem!
Niezwykle jasne włosy lśniły w południowym słońcu! To był młody Ferro! Czyli, że ta dziewczyna… Nie, to niemożliwe! Spojrzałem jeszcze raz. Nie myliłem się. Chłopak stał tuż przy trumnie. Nie widziałem jego twarzy, był za daleko, ale jego postawa zdradzała rozpacz. Przypomniałem sobie swój ból po stracie ukochanej Gianny. Wszystko wróciło. Wszystko. Teraz on stał nad trumną swojej narzeczonej, mojej ostatniej, choć przypadkowej ofiary i poczułem… satysfakcję! O wiele większą niż ta, która towarzyszyła każdej mojej zbrodni. Nareszcie dostałem to, czego szukałem. Niezamierzenie dokonałem zemsty najokrutniejszej! Zadałem niezwykle trafny cios, sprawiłem największy ból wrogowi i poczułem się tak jak wtedy, gdy siekałem kataną ciało Jacoba..
     Nigdy wcześniej i nigdy później nie zagrałem Adagio tak, jak tego dnia na pogrzebie narzeczonej młodego Ferro. Każdy dźwięk drżał w moim ciele. Grałem dla Gianny, dla Any i dla siebie. Tym utworem pożegnałem moją miłość i zemstę. Czułem spełnienie, bezgraniczne szczęście i nadchodzące, nowe życie zrodzone na cmentarnej ziemi włoskiej…
Czas do Polski…

MAG
Listopad 2017r. 
         
  

6 komentarzy:

  1. Wow. Z tego możnaby powieść napisać. bardzo dobra historia. miłość, śmierć, nienawiść, zemsta... nieźle. całkiem nieźle.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki :) Przypadkowo wyszło mi romantycznie nieco. Chyba pierwszy raz w życiu. ;) Ale zabójca też człowiek przecie... ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super ekstra! Opowiadanie wciągnęło mnie jak jak olenderskie bagienko. Chlup i po mnie! Bardzo rozsądnie udało ci się wybrnąć z karkołomnego tematu, brawo! Przybyłam, przeczytałam, uwierzyłam. Ogólnie trafiłaś w moje wyobrażenie o mordercach, że jest to rodzaj imperatywu, właściwości osobistej. Jedynie czego mi zabrakło, co myślę, jest nieodłączne w przypadku takich ludzi, którzy lubią występować, to zabrakło mi elementu samofascynacji, albo być może go przeoczyłam. Podejrzewam, że bohater by się cieszył wzmiankami o sobie, kolekcjonował wycinki z gazet czy coś takiego. Co bardzo podziwiam, to bohater mimo mojej niechęci, wzbudził też sympatię. :D Zgadzam się, że mogłaby to być powieść, sam temat jest bardzo rozwojowy!

    OdpowiedzUsuń
  4. A, dzięki wielkie! U mnie jest tak- przychodzi jakaś postać i sobie później robi co chce. Ja tylko spisuję co i jak. ;) Cholernik bardzo się kocha, wystarczyło stwierdzenie, że jest w niebie i, że jest bogiem. Narcyz, ale powściągliwy. Zwyczajny psychol, których czasem się nawet lubi ;) Pewnie ma też facebooka..nie wiem, bo już poszedł, a po metrażu plącze mi się jakaś baba i koniecznie chce,żebym o niej napisała na następny tydzień.. A w powieściach jak w związkach długotrwałych- chyba bym się nie sprawdziła. ;) he he. Pozdrawiam cieplutko! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej :)
    Kiedy coś wtrącasz w zdaniu, pamiętaj o przecinkach, które muszą rozdzielać to wtrącenie od głównego zdania. Poza tym przed dywizjami stawiamy spację, zapis "mial- dlatego..." jest niepoprawny właśnie przez ten brak spacji.
    Zgadzam się z przedmówcy niani, świetny tekst, z którego możnaby zrobić dłuższą opowieść. Przedstawiłam okoliczności, w jakich Karol stal się mordercą, przekazała jego smutną historię i pozwoliłam jego emocjom wniknąć w słowa tekstu, by później dopadły one czytelnika. Ładnie wykorzystany temat.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Chyba najlepsza historia z tego tygodnia, ale pewnie mówię tak, bo jak widzę włoską mafię w tekście, to zaczynam się szczerzyć jak głupia. Podobało mi się, naprawdę mi się podobało. Wspaniała historia o miłości i zemście w asyście muzyki. Pisz mi tak więcej.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Szukaj tekstu