Tablica ogłoszeń

Witam serdecznie!

Grupa Kreatywnego Pisania to długoterminowy projekt cotygodniowych wyzwań pisarskich z wykorzystaniem writing prompts. Więcej znajdziesz w zakładce "O projekcie".



TEMAT

Tydzień 115:

"On i jego siostra zostali pozostawieni w lesie na śmierć."

Słowa klucze: marcepan, wiadro, kurz, cement

Łączna liczba wyświetleń

Shoutbox

wtorek, 31 października 2017

[63] Are you a saint or a sinner? ~Miachar



Dzisiaj
            To był najdziwniejszy dzień nie tylko w mojej karierze, ale też  w całym moim dotychczasowym, liczącym trzydzieści osiem lat, życiu. Taki, o którym wiadomo, że  trzeba opowiedzieć innym, a  jednocześnie nie wie się, jak  to zrobić, w jakie słowa  ubrać cały ten absurd,  którego się doświadczyło  Jeszcze nigdy nie miałem do czynienia  z czymś tak tajemniczym, mistycznym i przerażającym zarazem. Ta mieszanka budziła nie tylko wątpliwości i ciekawość, ale też najgorszy rodzaj strachu. Sama tylko wzmianka mogła wzbudzać dreszcze, a co dopiero przeżycie tego na własnej skórze. Ale od początku. Jeśli się od niego nie zacznie, całą opowieść będzie niepełna, niespójna i nie da całego obrazu sytuacji. A ten był bynajmniej dziwny.
27 października 1985 r.
            Dzień zapowiadał się jako normalny i w gruncie rzeczy znośny. Zakopany po łokcie w papierkowej robocie za wybawienie uważałem mocną czarną kawę i donuta bez dodatków. Do południa tak właśnie wyglądała moja praca. Stary raport do odbębnienia, łyk kawy, gryz pączka i tak w kółka, aż nie zadzwonił służbowy telefon.
            Słuchawkę podniosłem niechętnie - ktoś właśnie wytrącił mnie z rytmu i wykurzył że świata, gdzie utknąłem, lejąc wodę przy opisach części zatrzymań. Była to nudna robota, ale skoro mi za nią płacili siedziałem cicho. Gdyby nie dzwonił sierżant Molsey, który akurat tego dnia miał dyżur w terenie. Lubiłem tego gościa, ale czasami jego nadgorliwość i wydzwanianie do biura z każdą błahostka bywało dość irytujące. Także i tym razem sądziłem, że dzwoni z jakimś małym i łatwym do rozwiązania problemem z prośbą o pomoc. To była moja pierwsza pomyłka tego dnia, do tego nie taka duża i nie ostatnia. Sama rozmowa zaczęła się jak każda inna.
            - Porucznik Szent, słucham.
            - Poruczniku, tu detektyw Mosley. Przepraszam, że przeszkadzam przy raportach, ale mam tu coś niecodziennego.
            - Co takiego dokładnie? - zapytałem. Nie znosiłem nadmiernego owijania w bawełnę, wolałem, by fakty zostały przekazane proste i rzetelnie. Tylko wtedy dało się naprawdę szybko działać.
            - Jakby to panu powiedzieć… - Sierżant wydawał się być niepewny, jakby naprawdę nie wiedział jak postąpić z tym, co się dzieje. - To dziwne. Mam tu kobietę. Jest cała naga, ma jakieś wzory czy rysunku na skórze.  Nie wiem, jak dotarła do miasta, kontakt z nią jest bardzo utrudniony, zachowuje się, jakby w ogóle nie znała angielskiego lub udawała, że go nie zna, do tego cały czas coś mamrocze. Powinienem przywieźć ją na komisariat?
            Jak dla mnie brzmiało to jak opis osoby będącej pod wpływem narkotyków lub bardzo silnych, neurologicznych leków. Co wspólnego z kimś takim mogła mieć policja, jeśli wiadomo, że nie doszło do popełnienia przestępstwa? Naprawdę nic.
            - A są ku temu jakieś przesłanki? Zrobiła coś lub była świadkiem czegoś, przez co należy przyjąć od niej zeznania?
            Samo nagłe pojawienie się w mieście nie stanowi naruszenia prawa, nie ma żadnych paragrafów na migrację, więc nie widziałem powodu, by detektyw miał ją tu przywozić. Poza tym nadal czekała na mnie sterta raportów do napisania i przejrzenia oraz zmierzenie się z przełożonym, a ten mógł znowu mieć do mnie o coś pretensje. Wolałem zachować swój dobry humor, zanim się z nim spotkam.
            Mosley milczał coś za długo.
            - Detektywie, jesteś tam? Odpowiadaj na pytanie.
            - Przepraszam, poruczniku, po prostu… Ta kobieta właśnie… Wie pan, że dzwonię z budki
            Kolejny raz westchnąłem. Naprawdę nie miałem ochoty wysłuchiwać czegoś, co nie miało ze mną nic wspólnego, bo to naprawdę była tylko i wyłącznie strata czasu.
            - No jasne, że wiem. Ale co to ma do rzeczy?
            - A to na przykład, że z niej spokojnie mogę obserwować nasz samochód. - Wraz z Mosleyem w teren najczęściej wyruszał sierżant Garcia, któremu  zdecydowanie bliżej było do emerytury niż do ładowania morderców po ulicach; ten dzień nie stanowił wyjątku od reguły. - I tak się składa, że właśnie widzę, jak ta dziwna kobieta bije go po twarzy. Na to chyba znajdzie się już jakiś paragraf, prawda?
            To pytanie było typowo retoryczne. Czego ode mnie chciał?
            - Oczywiście, że tak. Przyjeżdżajcie.
            Odłożyłem słuchawkę i odrzuciłem od siebie dokumenty. Raporty mogły poczekać, teraz coś innego wydawało się być ważniejsze. A przynajmniej choć trochę bardziej interesujące.
~*~
            Nie przepadałem za siedzeniem w pokoju przesłuchań z kimś, kto nie wykazywał najmniejszej ochoty na współpracę i milczał jak zaklęty. Zdecydowanie lepiej mieć w tym pomieszczeniu do czynienia z kimś, kogo nie trzeba zbytnio ciągnąć za język, niż z milczkiem lub kimś patrzącym stale spode łba.
            Kobieta naprzeciwko mnie nie pasowała do żadnej z grup. Odpowiadała na moje pytania, patrząc przyjaźnie, ale były to tak lakoniczne zdania, że zmęczyłem się, zadając ich jedynie pięć. Poza tym nie potrafiłem zbytnio skupić się na prowadzeniu przesłuchania.
            Przedstawiająca się jako Miriam Kennedy została ubrana przez koleżanki policjantki w ich zapasowe spodnie oraz ciemną koszulę, której rękawy podwinęła. Wyglądała normalnie, nie to przykuło moją uwagę. W mojej głowie zbyt wyraźny był jej obraz, kiedy dotarła na posterunek z narzuconą na siebie jedynie kurtką detektywa Mosleya. Przez tę chwilę, kiedy staliśmy twarzą w twarz i ustalaliśmy, co z nią najpierw zrobić, mogłem widzieć jej ciało i zrozumieć, co Mosley miał na myśli, mówiąc, że to bardzo dziwne.
            Ta kobieta… Miała historię całej cywilizacji ukrytą na swojej skórze. A przynajmniej tak to wyglądało. Dziwne zawijasy na ramionach niczym ścieżki lub kręgi w piekle Dantego. Coś na kształt Oka Boga między obojczykami. Jaskinie i wybuchy bomb, wszystko w jakiś sposób uszeregowane. Dobre wychowanie nie pozwalało na zbyt długie przypatrywanie się nieznajomej niewieście - do tego w jakiej instytucji! - ale kurde, naprawdę trudno było odwrócić od niej wzrok. Nic dziwnego, że po zobaczeniu czegoś tak dziwnego i niespotykanego trudno było mi się skupić na czymś innym.
            - Panno Kennedy, skąd pani pochodzi? - zapytałem, próbując utkwić na stałe wzrok w kartce notesu.
            - Z miejsca, o którym pan nawet nie śni. - Uśmiechnęła się łagodnie, jakby zwracała się do dziecka.
            Nie dałem się zwieść czy nabrać na grę, którą starała się tu rozegrać. Starannie zapisałem jej odpowiedź w notesie, po czym poruszyłem następną kwestię, która się o to prosiła.
            - Czy zdaje sobie pani z tego, że naruszyła nietykalność cielesną funkcjonariusza policji? - Zerknąłem na nią i szybko spuściłem wzrok, natykając się na jej spojrzenie, które mnie peszyło. - Za to może grozić pani kara…
            - Pozbawienia wolności do lat pięciu - dokończyła za mnie, nadal się uśmiechając. - Znam prawo, które obowiązuje w Stanach Zjednoczonych, poruczniku. Gdybym nie znała, raczej bym się tu nie pchała.
            Mówiła z akcentem, który przywodził mi na myśl południe Europy lub Azję Mniejszą. Odnosiłem wrażenie, że miałem już kiedyś do czynienia z kimś, u kogo on także pobrzmiewał, nie umiałem jednak sobie przypomnieć, do kogo należał. Zbyt wiele osób poznałem, bym łatwo łączył głos z twarzą.
            Zacisnąłem usta. Chciałem ją trochę nastraszyć, ale od razu dała do zrozumienia, że się nie boi. Naprawdę dziwna kobieta.
            - Dlaczego go pani uderzyła? - zapytałem. - Czy coś pani zrobił, że tak pani postąpiła?
            - Nie - odpowiedziała szybko, acz zdecydowanie. - Mam na myśli, że mnie nic nie uczynił, zranił natomiast i oszukał innych ludzi. Było ich tylu, że mała zemsta z mojej strony mu się należała.
            To poczucie sprawiedliwości wśród zwykłych obywateli rzadko kiedy przynosiło coś dobrego. Raczej przysparzało nam więcej dodatkowej i często niepotrzebnej pracy.
            Przeczytałem to, co do tej pory sobie odnotowałem, w rogu strony znajdowała się krótka wiadomość zapisana przez Mosleya, zanim udałem się na rozmowę.
            Dziwne mamrotanie. Ostatnia kwestia, która mnie ciekawiła.
            Odchrząknąłem i pochylilem się lekko do przodu, tym razem starając się utrzymać kontakt wzrokowy, choć czarne jak noc oczy Miriam budziły u mnie niezrozumiały niepokój.
            - Co takiego mówiła pani, kiedy spotkała policjantów? Detektyw Mosley przekazał, że zadawała pani jakieś pytanie, ale robiła to za cicho, by mógł panią zrozumieć.
            Przez chwilę patrzyła na mnie tak, jakby nie wiedziała, o czym mówię, zdołała się jednak zreflektować.
            - A, tamto. To nic takiego. Pytałam tylko, czy jest święty, czy może jest grzesznikiem.
            - Słucham?
            Nie jest to coś, co słyszy się na co dzień.
            Miriam zaśmiała się.
            - Och, przecież pana też mogę o to zapytać, poruczniku. Jesteś świętym czy grzesznikiem?
            Przełknąłem ślinę. Czyżby wiedziała, co oznacza moje nazwisko w jednym z europejskich języków? Nie wiedziałem, jak jej odpowiedzieć, zdecydowałem się na moment bycia elokwentnym.
            - Z pochodzenia jestem święty, w rzeczywistości różnie to bywa.
            Sądziłem, że dotrze do niej mój sarkazm, pomyliłem się jednak. Nie spojrzała na mnie spode łba, nie prychnęła i nie kazała mi przestać żartować niczym głupi nastolatek. Nic takiego nie nastąpiło, zamiast tego Miriam klasnęła w dłonie i zaśmiała się serdecznie.
            - Ha, wiedziałam! - krzyknęła i potrząsnęła głową, jakby była właśnie na jakimś koncercie.
            Miałem coraz większe wątpliwości co stanu zdrowia psychicznego tej kobiety. Może powinienem wysłać ją na jakieś badania? Tylko wpierw musiałbym wszcząć dochodzenie w jej sprawie i skierować odpowiednie pismo do prokuratury.
            - To wprost cudowne! - radowała się nadal, szukając przy tym czegoś na swojej ręce. Te poszukiwania tak ją zaabsorbowany, że szybko z okrzyków przeszła w mamrotanie. - Gdzie to jest, gdzie to jest… Jeden dziewięć osiem pięć… Musi gdzieś tu być… Ha, mam! - Misja chyba jej się powiodła. Wyciągnęła rękę ponad blat stołu w moją stronę, wskazała palcem na jeden punkt wśród śladów. Pochyliłem się zaciekawiony, na chwilę tracąc skupienie. - Widzisz? Jesteś tutaj.
            Z wrażenia aż otworzyłem usta. Oto właśnie na skórze tej kobiety, wśród innych, różnych, dziwnych rysunkowo podobnych tworów widziałem swoją twarz. Malutka, ale bez wątpienia moją. Jakbym przeglądam się w lustrze.
            Oszołomiony spojrzałem na Miriam. Starałem się znaleźć na jej twarzy coś, co powiedziałoby mi, że to żart, próba nabrania jak u niektórych miejscowych, znanych mi licealistów, ale nic nie znalazłem. Mogłem jedynie patrzeć się na nią i zadać to pytanie, które wykwitło w mojej głowie niczym świeży siniak na ramieniu:
            - Ale jak?!
            Kobieta albo mnie nie usłyszała, albo w perfidny sposób zignorowała, bo nie uzyskałem od niej odpowiedzi. Nadal ekscytowała się tym, co się tu właśnie wydarzyło.
            - Jakie to wspaniałe! - powtórzyła cała w skowronkach. Z sobie tylko znanych powodów była taka szczęśliwa, czego ja swoim umysłem nie potrafiłem pojąć. - W takim razie mogę ruszać na poszukiwanie świętych w kolejne miejsce! Niech się dzieje historia!
            Nim się spostrzegłem, wybiegła z pokoju. Podążyłem za nią, nie dane mi było jednak w jakikolwiek sposób zareagować - nim któryś z pozostałych policjantów zdołał się zorientować, co tajemniczą kobietą zamierza, ta dopadła jednego z młodszych funkcjonariuszy, wyrwała broń z jego kabury i… strzeliła sobie w głowę. Tak po prostu.
            Stanąłem jak wryty, zapatrzyłem się w powiększająca coraz bardziej kałużę krwi i resztki mózgu oraz kości oblepiające mdlejąc właśnie żółtodzioba, a wokół mnie zapanował chaos.

Dzisiaj
            Kolejne godziny tamtego dnia upłynęły na sprzątaniu, moich zeznaniach, przeglądaniu rozmowy z Miriam i sekcji zwłok, która miała - przy tamtejszej technologii - dowieść, że nieznajoma Miriam Kennedy była pod wpływem jakiś środków. Jak pierwsze trzy punkty udało się jakoś spełnić, tak z autopsją nie wyszło - ciało kobiety zniknęło z kostnicy. Dziwniejsze było to, że pożyczone ubrania zostały znalezione na stole sekcyjnym, złożone w równą kostkę. Sprawy zniknięcia nie udało się rozwikłać, mimo konsultacji z najlepszymi historykami nie stwierdzono, by kiedykolwiek wcześniej ktoś podobny do Miriam - ktoś, kto miałby na swoim ciele ukazaną historię całego świata - istniał.
            Dlaczego o tym wspominam?
            Bo właśnie ją widzę. Minęło ponad trzydzieści lat, jestem już na emeryturze i zajmuje się pielęgnacja roślin doniczkowych, kiedy wyglądam przez okno i widzę ją, jak zupełnie naga, uśmiechnięta spaceruje ulica, przy której mieszkam. Pozwala sierpniowemu słońcu otulać swoje ciało, a w blasku promieni widzę ślady na jej skórze.
            Jesteś świętym czy grzesznikiem?
            To pytanie dociera do moich uszu, jakby wypowiedziane tylko dla mnie, a Miriam kroczy dalej, by znaleźć kolejną osobę, której postrzeganie świata wywróci do góry nogami.

3 komentarze:

  1. Tak sobie myślę po przeczytaniu opowieści, że gdyby taka Miriam pojawiła się w moim życiu i wywróciła do góry nogami moje obecne postrzeganie świata, który stoi na głowie, to stałabym się "normalna". Zatem, niech ona nawiedza lepiej posterunki policji... ;)
    Ciekawe opowiadanie. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudnieeee! Bardzo plastycznie opisałaś Miriam, widzę ją, wytatuowaną, lekko kuszącą, zupełnie bezwstydną. Bardzo lubię tą postać. Fajnie skontrastowałąś ją ze znudzonym policjantem. Ja bym chętnie spotkała taką Miriam, ale nie chciałabym, żeby strzeliła sobie w głowę. Ciekaw jestem, czy policjant wyjdzie i z nią pogada? Stary jest, wiele do stracenia nie ma, więc pewnie wyjdzie. Dobry tekst!

    OdpowiedzUsuń
  3. O matulu, co tu się stało? Nieźle, choć samo to, że się zastrzeliła, a potem zniknęła, jest nieco przerażające.

    OdpowiedzUsuń

Szukaj tekstu