Tablica ogłoszeń

Witam serdecznie!

Grupa Kreatywnego Pisania to długoterminowy projekt cotygodniowych wyzwań pisarskich z wykorzystaniem writing prompts. Więcej znajdziesz w zakładce "O projekcie".



TEMAT

Tydzień 115:

"On i jego siostra zostali pozostawieni w lesie na śmierć."

Słowa klucze: marcepan, wiadro, kurz, cement

Łączna liczba wyświetleń

Shoutbox

niedziela, 1 października 2017

[59] Kartel "Dulce" ~ Miachar

            Było mi niewygodnie. Wysłużone krzesło obrotowe piło w siedzenie, zamiast stanowić miękką powierzchnię, na której moje pośladki mogłyby w miarę odpocząć. Prychnęłam pod nosem. Powinnam je wymienić, ale nie mogłam sobie akurat pozwolić na zakup jakichkolwiek nowych sprzętów. Należało ocenić, czy wystarczy pieniędzy na kolejne dostawy i opłacenie dilerów. A na to sporo z przychodów szło.
            – Cholera – wymknęło mi się, kiedy nieuważnie poruszyłam nogą i uderzyłam nią w biurko. – Kto to tu postawił?! – zapytałam powietrze i odrzuciłam od siebie kolejne raporty, klnąc cicho.

            Sprzedaż ostatniego tygodnia nie wyglądała za dobrze, dodatkowym problemem okazał się transport. Policja siadła nam na ogonie i odkryła, jak i kiedy dociera towar drogą morską z kolonii. Wzmożono patrole na ulicach, ubrani na granatowo mundurowi straszyli pałkami każdego, kto wyglądał na kogoś zdecydowanie bardziej słodko odżywionego. Dilerzy musieli się przemieszczać zdecydowanie częściej niż kilka miesięcy temu, a ja nie mogłam w nocy spać, starając się stworzyć nową strategię i nie pozwolić, by Dulce zniknęło z powierzchni. Ten biznes to było całe moje życie, choć ryzykowałam, że je szybko stracę, nie mogłam przestać handlować tym, co najbardziej zakazane i najbardziej upragnione przez miliardy ludzi - słodyczami.
            Cukierki, pudrowe pastylki, batoniki, żelki i wiele innych… Poświęciłam pięć lat życia na odnalezienie kogoś, kto powiedziałby mi, gdzie mogę je znaleźć po tym, jak wielką ustawą zakazano spożywania słodyczy w większości krajów świata, bo naukowo udowodniono, że stały się przyczyną numer jeden zgonów bardzo młodych ludzi i dzieci. Oczywiście, o szmuglowaniu słodyczami dowiedziałam się jeszcze w szkole, byłam wtedy jednak tak bardzo nikim, że nie dałam rady wówczas rozpocząć jakiejkolwiek nielegalnej działalności. Jednak mój nędzny los robaka pewnego dnia się odmienił, a ja zbudowałam imperium, a mało kto potrafił mnie z nim powiązać. Stworzyłam dwie osobowości do prowadzenia dwóch żyć i choć przez to nabawiłam się pewnych kłopotów natury psychicznej, niczego nie żałowałam. Kartel “Dulce” stał się najpotężniejszym słodkim kartelem w kraju i zagrażał sąsiednim. Stałam się żeńską wersją Pabla Escobara - wprawdzie nie musiałam zakopywać pieniędzy w lasach, ale też miałam wielu wrogów, jak i sprzymierzeńców. W życiu kierowałam się dwiema zasadami: “Nikomu prawdziwie nie ufaj” i “Dawaj ludziom to, czego pragną: wolność i słodycze”. Przykre, że druga zasada właśnie zaczęła się chwiać w podstawach, a ja nie widziałam sposobu, jak szybko naprawić sytuację.
            – Cholera! – wydarłam się na całe gardło porządnie sfrustrowana i odrzuciłam od siebie dokumenty.
            Nagle zapragnęłam zaczerpnąć świeżego powietrza. Mały, zagracony starymi meblami pokój robiący za mój gabinet dość często wzbudzał moją klaustrofobię, a pozbawiony okien mógłby stać się kiedyś moim grobowcem, gdyby tylko któryś z wrogów wpadł na pomysł, by mnie w nim zamknąć na wieki. Na razie nikt na to nie wpadł, ale to nie mogło czynić mnie spokojną.
            Udało mi się wstać z niewygodnego krzesła, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. A jeśli ono się pojawiło, oznaczało, że właśnie ktoś chce się ze mną widzieć. Czyli z wyjścia na zewnątrz tymczasowo nici.
            No kurde mać.
            Nie usiadłam z powrotem, nie miałam zamiaru nadal dręczyć tyłka niewygodnym siedziskiem. Zamiast tego obeszłam swoje biurko, oparłam o nie po ustawieniu twarzą do drzwi, nabrałam powietrza i odezwałam.
            – Proszę wejść.
            Niewielu moich dilerów i współpracowników wchodziło do gabinetu, trzymając wysoko głowę. Moja pozycja budziła u nich lęk, a wieść, że potrafię niespodziewanie zaatakować większością przedmiotów, które znajdują się w moim otoczeniu, kazała im zawsze mieć się na baczności, nawet podczas wykonywania zwykłych czynności, jak na przykład składanie mi raportów.
            Ponoć każda reguła, by mogła istnieć, musi mieć choć jeden wyjątek, który ją potwierdza. W tym przypadku też taki istniał i za każdym razem, kiedy się pojawiał, miałam mieszane uczucia.
            Akurat teraz musiał się zjawić. Aż jęknęłam w duchu z irytacji.
            Jak zwykle przywitały mnie jego oczy. Mrocznie brązowe, wpadające w bezdenną czerń, kiedy się wkurzał. Poważna mina, ściągnięta, przystojna twarz mężczyzny przed trzydziestką, który ma świadomość tego, jak działa na ludzi wokół siebie samą swoją aparycją. Który dobrze wie, jak korzystać ze swojego wyglądu, by osiągnąć wyznaczone cele i nie dać się przy tym złapać. Mistrz manipulacji, którego poznałam przypadkiem, a który okazał się być najlepszym partnerem w biznesach. I tym, który może żądać mi, przywódczyni “Dulce”, najpoważniejszy coś.
            Patrzyłam, jak czyni nas kilka kroków do przodu, a jego wysoka postać wypełnia część pomieszczenia. Swoim nabytym zwyczajem - wszakże normalni Nowojorczycy tak się nie witają - skłonił mi się lekko, a jego usta na sekundę wykrzywiły się w uśmiechu. Przełknęłam ślinę i wyprostowały się, by nadać sobie odrobinę bardziej poważnego wyrazu.
            – Witaj – odezwałam się dość szorstko. – Co cię tutaj sprowadza?
            Nie przepadałam za przyjmowaniem niezapowiedzianych gości w swoim gabinecie. Głównie dlatego, że był mały, poza tym tak bardzo nudny i bez wyrazu, że aż sama miałam go czasami dość. Brakowało mu charyzmy i smaku, w porównaniu z gabinetami nich partnerów biznesowych przypominał pokój dyrektora w jakimś opuszczonym przez Boga liceum. Nie miałam jednak dość odwagi znaleźć dla siebie nowe lokum. Przez lata działalności zdążyłam się przyzwyczaić do miejsca, w którym prowadziłam biznes.
            Gość przyglądał mi się przez chwilę, zanim odpowiedział.
            – Jak zwykle w znakomitym nastroju, czyż nie? – Puścił mi oko. – Cześć. Przyszedłem z raportem o ostatniej dostawie. Mam też informacje dotyczące transportu części Kinder z Niemiec. Mimo obaw dotrze na czas, nie musimy nawet zmieniać doka, by go odebrać. Proszę.
            Podał mi granatową teczkę, którą do tej pory trzymał w prawej dłoni. Przejęłam ją i skinęłam mu głową.
            – Dziękuję. Proszę, usiądź.
            Jedyne krzesło, które udało się dodatkowo wstawić do gabinetu, było równie niewygodne co zajmowane przeze mnie, niewiele mogłam na to poradzić. Kolejny powód do wstydu. Byłam fatalnym bossem, jeśli chodzi o wspaniałe miejsce pracy.
            Mężczyzna spełnił moją prośbę. Nie odrywał ode mnie wzroku, kiedy zapoznałam się z wynikami sprzedaży. Tak, jak myślałam, nie były najlepsze, także spekulacje sprzedaży na następne miesiące nie napawały optymizmem. Nic dziwnego więc, że z mojej piersi wyrwało się westchnienie.
            – Fatalnie – stwierdziłam cicho i odrzuciłam dokumenty na blat. – Jeśli dalej tak pójdzie, nasi konkurenci będą mieli idealną okazję wypchnąć nas na margines rynku. – Na chwilę ukryłam twarz w dłoniach, by dojść do siebie po widzianej statystyce, po tym czasie znowu spojrzałam na towarzyszą. – Proszę mi tylko powiedzieć, że z Kinder się uda.
            – Już się udało. – Zza pazuchy płaszcza wyciągnął malutka paczkę i podał mi ją. – Wstępnie udało się przerzucić samolotami te kilkanaście próbek. Ta jest dla ciebie. – Tym razem niechętnie przejęłam zawiniątko. Jakoś nie potrafiłam od razu wierzyć w to, że dostaje to, czego potrzebuję dla swoich klientów. – Skosztuj, powinno ci posmakować
            Był jedynym, który coś mi przynosił. A ja rzadko kiedy miałam coś w rękach, przychodząc w interesach do niego. Naprawdę byłam tragiczna, jeśli chodzi o międzyludzkie interakcje i społeczne zachowania.
            – Dziękuję. Nie otruję się?
            – Nie powinnaś. Raczej ten cukier dobrze na ciebie podziała, ostatnio chyba schudłaś. Bo z moim wzrokiem raczej wszystko nadal jest w porządku.
            Nic nie odpowiedziałam. Po swoich ubraniach widziałam, że jest mnie trochę mniej, ilość problemów skutecznie odebrało mi apetyt. Po latach bycia grubasem wolałam nie jeść, niż wrócić do bycia pośmiewiskiem. Zamiast tego wrzuciłam paczkę do szuflady biurka. Może będzie dla pracownika, który zasłuży sobie dobrą sprzedażą.
            – Dziękuję za odwiedziny i informacje, na pewno z nich skorzystam. – Nie mam ochoty na zbyt długie spotkanie, nie chcę jednak być niemiła i wyprosić gościa. Zamiast tego zmieniłam temat. – Co u ciebie słychać? Rodzice mają się dobrze?
            Jeśli pracuje się z kimś przez pewien odcinek czasu, poznaje się go i wie o niektórych sprawach. Jak na przykład o schorowanych rodzicach.
            Podrapał się po karku.
            – Lepiej, niż próbowali wmówić mi lekarze. Gorzej, niż bym chciał. Poza tym odnoszę wrażenie, że pielęgniarki i salowa utrudniają mi kontakt z ojcem, w ogóle nie chcą mnie do niego dopuścić. – Zacisnął wargi, a mnie przez myśl przemknęło, że nigdy nie widziałam go tak bezbronnego tak teraz. – Ale sobie z tym poradzę, w końcu jestem mistrzem manipulacji.
            – To akurat prawda. – Znowu oparłam się o biurko, byłam teraz odrobinę bliżej znajomego. – Gdybyś potrzebował pieniędzy na ich dalsze leczenie, to wal śmiało, zawsze ci pożyczę i to bez wygórowanych odsetek.
            Zaśmiał się cicho na tę kiepska próbę żartu i obdarzył mnie dość ciepłym, rzadko u niego spotykanym spojrzeniem.
            – Dziękuję. Ale postaram się nie narobić ci problemów swoim życiem, już i tak masz dość dużo na głowie.
            Wzruszyłam lekko ramionami.
            – O mnie się nie martw, przecież zawsze jako taki wychodzę z wszelkich tarapatów, dobrze o tym wiesz.
            Powoli wstał z miejsca, czym sygnalizował, że spotkanie powoli dobiega końca.
            – Może i wiem, ale ta wiedza nie przeszkadza mi się nimi wszystko o ciebie martwić. – Wyższy ode mnie o ponad głowę pochylił się do przodu i kolejny raz spojrzał mi prosto w oczy. – W każdym razie trzymaj się. Pamiętaj: czwartek, jedenasta, przy doku siedemnaście. Zjawię się tam też osobiście, moralne wsparcie ci się przyda.
            Przewróciłam oczami, by wyglądać na wyluzowaną, choć jednocześnie czułam, że na policzkach wykwitają mi rumieńce.
            – Nie musisz tego robić.
            – Ale chcę, trochę rozrywki w życiu mi nie zaszkodzi. – Puścił mi oko. – Do zobaczenia.
            – Yep, na razie.
            Patrzyłam, jak opuszcza mój godny pożałowania gabinet, a kiedy zamknęły się za nim drzwi, trzykrotnie uderzyłam się pięścią w czoło.
            – Głupia – skarciłem samą siebie, obeszlam biurko i oparłam na swoje krzesło.
            Przez chwilę się wahałam. Rzadko kiedy jadłam słodycze, bo naprawdę źle na mnie wpływały (dzięki niejedzeniu ich miałam lepszą kontrolę nad uzależnionymi od nich ludźmi), ale w końcu raz kozie śmierć, jedna mała paczuszka pełna cukrowych wyrobów nie powinna mnie zabić. Przynajmniej nie od razu
            Powoli ja rozpakowałam, cicho pisnęłam, kiedy moim oczom ukazały się batoniki, które uwielbiałam za czasów bycia grubą dziewczynką. Jakiś cichy głosik w głowie wysnuł teorie, że to nie przypadek, że znajomy przyniósł mi akurat te słodycze. Szybko uciszyłam go pierwszym ugryzieniem wafelka i na chwilę zapomniałam o tym, co mnie dręczyło.
            Ach, naprawdę ciężkie jest życie przywódcy słodyczowego kartelu. Ale jak prawie wszystko ma także swoje dobre strony. I tego zamierzałam się trzymać.

6 komentarzy:

  1. Fajny początek dłuższej historii.
    Dwie rzeczy które mnie zastanawiają to:
    * użycie słowa "czynić" jakoś tutaj bardziej pasowałoby zwykle robić - moim zdaniem
    * "Mistrz manipulacji, którego poznałam przypadkiem, a który okazał się być najlepszym partnerem w biznesach. I tym, który może żądać mi, przywódczyni “Dulce”, najpoważniejszy coś." - kompletnie nie kumam sensu tego zdania. Wydaje minusie ze gdzies ci się wkradły literówki, albo zabrakło wyrazu.

    Poza tym miodzik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzewam, że autokorekta na telefonie zrobiła mnie w konia, a nie miałam zbytnio chwili na korektę. Więc przepraszam! I dzięki za komentarz ;)

      Usuń
  2. Tak paczem i... "powinnam je wymienić". I tak siedzę, rozkminiam dlaczego ona chce wymienić pośladki XD. Potem zdałam sobie sprawę z tego, że chce wymienić krzesło. BRAWO JA.
    CUKIERKOWE ZGONY. OMFG. Jak ten świat poszedł do przodu! W ogóle to... KINDERKI! OMFG!
    Przyjemny tekst! Od razu widać, że podobnie myślimy, bo napisałyśmy całkiem podobne teksty >D!

    OdpowiedzUsuń
  3. Całkiem niezły tekst, temat zawarty, bohaterowie przyjemni. Rzeczywiście sprawdzałoby się to jako wstęp do czegoś większego, ale jako shot też się nieźle sprawdza. O stylu wspominać nie będę, bo wiesz, że go lubię.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Kto to tu postawił XD Podejrzewam, że to biurko tam stało już jakiś czas, ale grunt to się zdziwić.
    "I tym, który może żądać mi, przywódczyni “Dulce”, najpoważniejszy coś."
    Co? Nie zrozumiałam...
    "Patrzyłam, jak czyni nas kilka kroków do przodu"
    Nas? Co?
    Boże, ja już chyba jestem zmęczona, bo serio mam już problem -.-
    "Nie miałam jednak dość odwagi znaleźć dla siebie nowe lokum."
    Nowego lokum.
    Bohaterka taka źle nastawiona do niego, a on nawet sympatyczny, martwi się o jej niedożywienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miał się martwić, a pani szefowa to nie za dobra jest w kontaktach międzyludzkich.
      Co do błędów - mój telefon (a to na nim ostatnio głównie pracuję) mnie chyba nienawidzi, bo aż nadużywa autokorekty. Muszę zacząć gospodarować czas na poprawki, by takie kwiatki już nie powstawały.

      Usuń

Szukaj tekstu