Tablica ogłoszeń

Witam serdecznie!

Grupa Kreatywnego Pisania to długoterminowy projekt cotygodniowych wyzwań pisarskich z wykorzystaniem writing prompts. Więcej znajdziesz w zakładce "O projekcie".



TEMAT

Tydzień 115:

"On i jego siostra zostali pozostawieni w lesie na śmierć."

Słowa klucze: marcepan, wiadro, kurz, cement

Łączna liczba wyświetleń

Shoutbox

niedziela, 17 września 2017

[57] Was mich nicht umbringt... ~Miachar



… macht mich stärker?
            Gdyby przyznawano medale za pchanie się na własne życzenie w patowe sytuacje, byłabym pretendentką do złota. I może nawet bym zwyciężyła w tej konkurencji. Przez dwadzieścia trzy lata życia wpakowałam się w nie tyle razy, że mogłabym śmiało uchodzić za eksperta. Takiego, który w ogóle, w żaden sposób nie wyciąga wniosków z tego, co mu się przytrafia. Głupota to zaś moje drugie imię.
            Przynajmniej w ten sposób próbowałam usprawiedliwić to, co właśnie robiłam. A wzięłam na siebie misję odwiedzenia najbardziej przerażającej, tajemniczej, mrocznej i dającej opisać się jeszcze większą ilością przymiotników kobiety, jaka chodziła po drogach tego kraju (o ile naprawdę nie przemieszczała się jedynie za pomocą miotły, czego nikt do tej pory nie udowodnił). Co mnie ku temu skusiło? Pieniądze, oczywiście, bo co innego? To wokół pieniądza kręci się świat, a jeśli ktoś uważa inaczej, chyba za krótko tu żyje.

            Czterdzieści złotych monet mogło stać się moją własnością i stukać przyjemnie w przetartej (ale jeszcze nie dziurawej!) sakwie, jeśli tylko powróciłabym w jednym kawałku od tej brujy. To wymagało jednak znalezienia wszystkich podkładów odwagi, a jej nie miałam w sobie za wiele. Moja odwaga w tym wypadku była podyktowana wizją zysku i głupotą, ale jeśli dzięki tej jednej wizycie miałabym mieć spokój przez kilka miesięcy od głodu, to byłam gotowa na wszystko. Nawet na pójście prosto w paszczę potwora.
            Jak można się było tego spodziewać, chata zamieszkiwana przez wiedźmę znajdowała się w głębi przygranicznego lasu rozdzielającego moje rodzinne miasto i to, w którym żyłam. Jak przez mgłę pamiętałam, że kiedyś, jako kilkuletnie dziecko, przeszłam przez niego, chcąc wraz z matką uciec przed narwanym i agresywnym ojcem. Po głowie chodziło mi wspomnienie, jak to przedzierałyśmy się przez gęstwinę krzewów, chowałyśmy w pustych pniach drzew, byle tylko ten psychopata nas nie dorwał. Chyba miałam wtedy gorączkę, straciłam świadomość, zanim wraz ze świtem się z niego wydostałyśmy. Tamten okres był rozmazany w pamięci, a i nie wracałam do niego za często. O niektórych rzeczach po prostu lepiej nie pamiętać.
            Tym razem, im bliżej byłam lasu, tym mocniej biło mi serce, co było nie tyle wynikiem strachu podobnego do tego dziecięcego, ile głupoty, że sama siebie wysyłam siebie na niebezpieczeństwo. Jeśli wyjdę z tego cało, obiecywałam sobie, po powrocie do miasta zjem dobry obiad w gospodzie, po czym zupełnie się ulotnię, wyruszę, by znaleźć sobie nowe miejsce.
            Ale najpierw musiałam zmierzyć się z wiedźmą.
            Nie cieszyła się zbyt dobrą reputacją, bo czy ktoś jej pokroju mógł w ogóle na nią liczyć? Po kraju, jak długi i szeroki, krążyła plotka, że poza czarowaniem i kontaktowaniem z diabłami wiedźma ma dwie miłości: gotowanie i hodowanie ziół w swoim dużym, ukrytym za ciemnym, drewnianym płotem ogrodzie. Dodatkowo lubiła łączyć obie te miłości. Któryś ze świadków, ktoś, kto zbliżył się do ogrodu i wytrwał spotkanie z wiedźmą, by innym dać świadectwo, opowiadał każdemu, kto chciał go słuchać, że wiedźma ma specjalnie wydzielone części na swoim podwórku. Jak świadek twierdził, pierwsza połowa ziół w jej ogrodzie była przeznaczona do gotowania. Druga mogła cię z łatwością zabić. Ponoć czasami wiedźma używała obydwu w jednym daniu. To miało dowodzić, dlaczego tak wielu przejezdnych, którzy przed nocą zbliżali się do chaty wiedźmy, wchodzili na jej włości, ale już z nich nie wychodzili. Brzmiało to przerażająco, ale było też najbardziej prawdopodobną teorią. Nikt, kto stanął przed brują twarzą w twarz, nie wracał z powrotem do siebie.
            Ja miałam – na własne życzenie – być kimś takim. Ja też mogłam nie wrócić. Czterdzieści złotych monet za życie okazało się lichą wizją szczęścia przy bardziej realnym obrazie rychłej śmierci.
            Ale nie było już odwrotu.
            Jak mnie pouczono, szłam z dala od głównej ścieżki do lasu. Rozglądałam się uważnie wokół siebie, starałam się stawać kroki ostrożnie, tak, by nie wywołać jakiejkolwiek zwierzyny. Skulona nie rzucałam się aż tak w oczy, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie zauważyłam niczego, co mogło by wzbudzić we mnie niepokój. Ze strony chaty nie dolatywały żadne zapachy ani hałasy życia wewnątrz, istniało prawdopodobieństwo, że bruja opuściła na jakiś czas swoje włości, co nie byłoby złe dla mojego samopoczucia - nie musiałabym stawać twarzą w twarz z przerażającą kobietą - nie tak dobre jednak dla mojej sakwy; bez czterdziestu złotych monet dalej klepałabym biedę. Czyli i tak źle, i tak niedobrze.
            A miało być tak pięknie.
            Co, jeśli jednak wiedźma jest w chacie i na mnie czeka? Bardziej jestem nastawiona na to, że się z nią spotkam, nie powinnam więc czuć nagłego uścisku strachu w piersi.
            Może jednak jej nie ma?
            Zamiast skupić się na dalszym skradaniu, dałam się porwać rozmyślaniom, a jak wiadomo, kiedy za bardzo się na nich człowiek skupi, tym bardziej odlatuje od rzeczywistości i przestaje zwracać uwagę na to, co wazne. A wtedy wystarczy jeden nieostrożny krok, jedno nadepnięcie gałązki, by cały misterny plan poszedł w diabły.
            Zanim odpłynęłam za bardzo myślami i dałam znać o swojej obecności, zdołałam podejść dość blisko chaty, z czego nie byłam zbyt zadowolona, kiedy znienacka pojawiła się przede mną bruja z upiornym uśmiechem na bladej twarzy. Stanęłam jak wryta, widząc wyraźnie istotę, która dla wielu była tylko legendą.
            Proszę, proszę, proszę. A kogo my tu mamy? – Otaksowala mnie wzrokiem, a ja prawie zemdlałam, widząc jej tłuste, poskręcane, ciemne włosy, długie palce i szmaty, które robiły za ubranie. Dla lepszego efektu brakowało jeszcze garba, nie mogłam jednak powiedzieć, czy go nie ma, kiedy widziałam ją jedynie z przodu. – Czyżby owieczka się zgubiła? Co tu robisz, M?
            Nie byłam zbytnio zaskoczona, że wie, jak się przedstawiam. Czasy, w których przyszło mi żyć, nauczyły mnie, że lepiej nie pokazywać wszystkim swojej twarzy ani nie podawać pełnego brzmienia nazwiska, bo to może zostać wykorzystane przeciwko mnie. Do tej pory skutecznie mi to wychodziło jak widać, skoro bruja nie przywitała mnie moim prawdziwym imieniem.
            Dygnęłam lekko, kryjąc twarz za ciemna chustą i przysłaniając czolo kosmykami włosów. Zdołałam już zauważyć, że różne uczesanie potrafi zmienić odrobinę człowieka.
            Witaj – wyszeptałam. – Przybyłam do ciebie po mieszankę ziół na szkarlatynę. Córka mera zachorowała, miejscowy znachor orzekł, że jedynie ty jesteś w stanie ja wyleczyć.
            Wiedźma przybrała na usta coś podobnego do uśmiechu zadowolenia, szybko jednak zniknął. Zamiast tego spojrzała na ścieżkę prowadzącą do chaty.
            W takim razie zapraszam do środka. Trochę mi zajmie, zanim znajdę w ogródku wszystkie potrzebne rośliny, więc w tym czasie rozgość się.
            Nie brzmiało to źle, dlatego ruszyłam za nią dziwnie otumaniona. Dopiero kiedy za moimi plecami zatrzasnęły się drzwi chaty, a ja znalazłam się w ciemnym pomieszczeniu, gdzie jedynym źródłem jakiegokolwiek światła były polana z żarem, nad którymi coś gotowało się w mosiężnym garnku, zdałam sobie sprawę z tego, jak lekkomyślnie się zachowałam, wchodząc tutaj. Nie było już jednak szansy na ucieczkę.
            W półmroku dostrzegłam ruch, to wiedźma szła w moją stronę z miską w ręce. Słyszałam chlupotanie cieczy w naczyniu, zrobiło mi się niedobrze, kiedy dotarł do mnie jej zapach. Jak to możliwe, że na zewnątrz nic takiego nie było czuć, choć ta zupa nadal się gotowała na palenisku. Jakieś czary?
     Zjedz to. – Nie zareagowałam, mając znowu przed oczami świadka, który opowiadał o ogródku wiedźmy i o tym, jak przyrządza swoje dania. Zaśmiała się z mojej reakcji. – Spokojnie, nie ma tu nic niewłaściwego, zaufaj mi. – Akurat. – Poza tym… co mnie nie zabije, uczyni mnie silniejszym, jak to mówią.
            Uniosłam brew. Mówią? Niby kto?
            Nie było mi nic wiadomo o tym, by bruja potrafiła czytać w myślach, ale może i tak było, bo nim się spostrzegła, odpowiedziała na moje nieme pytania.
            Mówią, uwierz mi, dziecko. Ludzie tak mówią. Choć w innym miejscu i czasie.
            Niechętnie przyjęłam miska, powąchałam zupę i upiłam jej łyk. Była ohydna, kwaśna i gorzka jednocześnie, mdła. Prawie się nią zaksztusiłam. Walcząc z kaszlem o nowy oddech, zdałam sobie sprawę ze słów wiedźmy.
            W innym miejscu i czasie?
            Zgadza się. Choć akurat ty, M, możesz tego nie dożyć.
            Krew odpłynęła mi z twarzy, a miska wyleciała z dłoni, jej zawartość ochlapala mi spodnie i dziurawe buty. Zaczęłam spadać w dół, ku ziemistemu podłożu, a przerażający śmiech brujy wzbił się ponad wszystko.
            Pochłonęła mnie wieczna ciemność.
_____________________________________________________________________Nietzsche mi się tak jakoś nasunął na myśl przy tej bohaterce. Mam nadzieję, że w grobie się nie przewrócił przez to, co z nią zrobiłam.

3 komentarze:

  1. Hmm, tekst w Twoim stylu, choć chyba do mnie nie przemawia. Nie mogłam wczuć się w klimat tej opowieści, czy to z powodu braku elementów świata przedstawionego czy czegoś innego. Nie wiem. Niemniej tekst dobrze napisany.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiedźma! Lubimy wiedźmy. A wstęp jest bardzo w Twoim stylu. Twoje bohaterki uwielbiają ładować się w kłopoty i to na własne życzenie.
    "wszystkich podkładów odwagi"
    Pokładów. Podkład to na buźkę się kładzie :)
    A szo to ta brujya? To się wgl. ciężko wymagia.
    O, ojciec psychopata, jak miło. A siekierę miał?
    Ok. Temat przekształcony, ale sens został.
    Aha, czyli po lekarstwo. Myślałam, że ma tą wiedźmę zabić, czy coś. A ona tylko po dragi i dawać drapaka do domu.
    " Niechętnie przyjęłam miska,"
    miskę.
    A wgl tekst super.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, ta moja korekta, muszę przysiąść do niej na poważnie przy najbliższym tekście.
      Bruja. Wymawia się "bruha". Dla mnie brzmi świetnie :D
      Ej no, zabicie wiedźmy to by było zbyt proste. Ryzykowaniem życia dla dragów bardziej do mnie przemówiło :)
      Dzięki!

      Usuń

Szukaj tekstu