Tablica ogłoszeń


Grupa Kreatywnego Pisania to długoterminowy projekt cotygodniowych wyzwań pisarskich z wykorzystaniem writing prompts. Więcej znajdziesz w zakładce "O projekcie".



Temat

Temat na tydzień 129:

To było bardzo kłopotliwe. Nigdy nie miał ofiary, która odniosłaby porażkę w umieraniu.

klucze: klucz, wymiana, akcesoria, niedobre.

Szukaj tekstu

niedziela, 11 marca 2018

[82] Ukryta prawda ~ Szandek

Ciemność.
Otaczała mnie z każdej strony. Czułam ją każdą częścią swojego ciała. Mówi się, że człowiek stoi na samym czubku drabiny stworzeń żywych. Może to i prawda. Lecz, stojąc na krawędzi nieskończonej i wiecznie głodnej otchłani, traci wszystkie zdobycze i osiągnięcia kultury. Zmienia się w zwierzę: przerażone, zdezorientowane i mające za cel tylko jedno.
Przeżyć.
Moje myśli zdawały się grzmieć niczym bijące dzwony. Z wielkim trudem powstrzymywałam się przed tym, aby zwinąć się w kłębek. Głosy w mojej głowie mówiły mi: „Odpuść sobie”, „Na co ci to?”, „Przestań, NATYCHMIAST!” i tak dalej, i tak dalej. Bardziej obawiałam się tych, które pochodziły „z zewnątrz”. Znajdowały się tuż przy mnie w każdym momencie. Czy to w słoneczny czerwcowy dzień, czy w mroźną i pogrążoną w śnieżnej zamieci noc. Ich domeną była ciemność – decydując się na ten krok, niejako z własnej woli wstąpiłam do królestwa, które nigdy nie będzie przyjazne dla ludzi. Byłam jak owca wśród wilków.
– Witaj... – przywitał się pierwszy z Głosów.
– Ona słyszy… Słyszy NAS... – zawtórował mu drugi.
– Taak… – Oplatały mnie ze wszystkich stron, śpiewając swoją mrożącą krew w żyłach litanię. Raz z lewej, a innym razem z prawej. Z tyłu, bądź z przodu. Nade mną i spode mnie. Były wszędzie i nigdzie. Zawsze i nigdy.
Zasłoniłam okna w pokoju i upewniłam się, że wszelkie potencjalne źródła światła zostały unicestwione. Byłam w domu wyłącznie sama. Kiedy wszystkie warunki zostały spełnione, mogłam zmierzyć się ze swoim największym koszmarem. Oczywiście, mogłabym uciec – w końcu robiłam to już nieraz, co jak dotąd spełniało swoją zasadniczą rolę. Czas jednak na zmiany. Ucieczka nie będzie trwała przez całe życie. W końcu, w najmniej oczekiwanym momencie, potknę się i wyląduję bezbronna na ziemi, zdana na łaskę swojego oprawcy.
Wyciągnęłam rękę do przodu. Poczułam miękki i przyjemny w dotyku koc. Jak coś tak delikatnego, tak niewinnego, może skrywać za sobą swoje zupełnie przeciwieństwo? Przez moje ciało przeszedł impuls, który chwilowo mnie sparaliżował. Miałam pewność, że to, co zostało ukryte, chce za wszelką cenę wzbudzić we mnie strach. I udało mu się – trzęsłam się jak nigdy dotąd. Nie wiedział tylko najważniejszego.
Im bardziej się bałam, tym większa była moja determinacja.
– Co ona robi? – Pierwszy wyraźnie się zaniepokoił.
– Ona to zrobi…
– Nie, tak nie może być…
– Tak. Zrobi to! – Był to inny, nieznany mi dotąd głos. Co dziwniejsze, zdawał się mi sprzyjać. Nie zamierzałam już dłużej czekać.
Teraz albo nigdy!
Zerwałam koc.
Moim oczom ukazał się obiekt, który skrywał w swym wnętrzu największy a zarazem najgorszy sekret. Coś, czemu nie mogę przyglądać się bez odczucia bólu. Co prześwietla mnie na wskroś.
Lustro.
Choć pokój pogrążony był w egipskich ciemnościach, a ja sama nie mogłam dostrzec swojej ręki czy nogi, bez większego problemu ujrzałam przed sobą tę istotę. Stała tuż przede mną, wpatrując się mętnym, zimnym wzrokiem. Wielkie i ciężkie krople potu oblały jej twarz. Zęby zgrzytały tak głośno, że zdawało się, jakby miały za chwilę pęknąć. Kiedy sądziłam, że najgorsze już minęło, postać wydała z siebie przeraźliwy krzyk, przepełniony rozpaczą i grozą, wnikający w ciało oraz druzgocący wszystkie organy. Stojąc tak – bezbronna, otumaniona, niewrażliwa zupełnie na nic – pogodziłam się ze świadomością, przed kim właśnie stałam.
To byłam ja.
Widywałam ten obraz niezliczoną ilość razy. Nie powinnam reagować w tak szaleńczy sposób na znajomy widok, lecz w obliczu siebie samej przekonałam się, jak bardzo nie znam własnej osoby.
Nie ufam. Nienawidzę.
Lecz wtedy stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewała ujrzeć. Zobaczyłam, jak moje odbicie mrugnęło do mnie. Ogarnęła mnie panika. W końcu jak mogło tego dokonać? Czy to tylko przywidzenie, czy też zaczęłam odchodzić od zmysłów? W przypływie emocji wykonałam odruchowy ruch – uderzyłam pięścią w taflę szkła, która rozsypała się niczym piach niesiony przez rześki wiatr w słoneczne popołudnie na plaży.
Był to wielki błąd.
Uderzenie odebrało mi wszelkie siły, stąd po chwili leżałam na posadzce, mieniącej się równie jasno jak gwiezdny pył. Słaba, bierna, pozbawiona wszystkich sił. Chciałam płakać, krzyczeć, wić się jakbym została opętana. Nie byłam jednak w stanie. Nie mam pojęcia, czego od siebie oczekiwałam. Wszystko poszło na marne – ostatnia i jedyna szansa na zgłębienie nurtującej mnie zagadki została utracona. Odrzuciłam szansę na wejście do rajskiego ogrodu. Wybrałam życie na Ziemi – kruche, pogrążone w strachu, przemocy i oddalaniu się od rzeczy, których nie jestem w stanie zrozumieć.
Zmiana przyszła znienacka. Niedawny blask został pochłonięty przez otchłań, w którą teraz sama zostałam wciągnięta. O dziwo, nie poczułam żadnego bólu. Zresztą, jak czegokolwiek innego. Spadanie w głąb siebie trwało i trwało. Przez krótki moment zdawało mi się, że hen, u góry widzę kontury tajemniczych postaci. Obserwowały mnie i wskazywały swoimi niekształtnymi koniczynami. Szepty przybierały na sile. Właściwie to nie były już ani szepty, ani głosy, ani nawet krzyk. Ugrzęzłam w tej gęstej mieszaninie, która wciągała mnie na dno. Traciłam czucie nad kolejnymi członkami ciała, aż w końcu odebrano mi umysł. Zapomniałam, kim jestem i co to znaczy BYĆ. Czy kiedykolwiek byłam, a jeśli tak, to na czym to polegało? Byłam jedna JA czy było nas więcej? Czy coś nas ze sobą łączyło?
Kap.
Lata, dekady, wieki, tysiąclecia, ery i całe eony później. Dotarłam do celu swojej podróży. Ocean Wszechbytu wzywał mnie, nas wszystkich. Kres był tak blisko, wręcz na wyciągnięcie ręki.
Kap, kap.
Chlupnięć było coraz więcej. Tylko one zakłócały doskonałą w swojej istocie ciszę. Ja także miałam być źródłem niepożądanego hałasu, co mnie niezmiernie wstydziło. Radowałam się tym, że odkupię swoją winę i to dosłownie za moment. Ciekawiło mnie, czy oprócz mnie jest tu ktoś jeszcze. Inne jednostki, które przebyły tę drogę razem ze mną. Czy cieszyłam się z ich obecności? A może byłam zazdrosna, że nie ja jedna dostąpiłam ekstazy. Nic z tych rzeczy. Po prostu… chciałam się zjednoczyć z nimi wszystkimi. Przestać i zacząć być na nowo.
Kap, kap, kap.
Zanurzyłam się w wodzie o nieznanym mi nigdy chłodzie. Przez chwilę złączyłam się z całą resztą. Poczułam ich wszystkie myśli, doznania, historie. W zamian oni doświadczyli moich. Było to gwałtem, lecz i aktem miłości. Miłości umysłu. Kochaliśmy się jak nigdy wcześniej. Było nam tak dobrze, lecz...  Wiedziałam, że koniec już nadszedł. Nie czułam żadnego żalu. Po prostu tak było trzeba. Wyraziłam zgodę i…
Koniec.
NIE!
Jeszcze nie.
Patrzyłam z góry na leżące pośród szklanego pyłu ciało. Dziewczyna była blada jak śmierć i zdawała się nie oddychać. Mrok wyciągał po nią swoje wieczne głodne macki. Był na tyle pyszny, że nie spodziewał się żadnego oporu. Tak, kiedyś mu się powiodło. Niezliczoną ilość razy.
Tym razem musiało być inaczej.
Musiałam jej przypomnieć. Przypomnieć, kim naprawdę jest.
– Zbudź się!
Otworzyła oczy. Zaczerpnęła głęboki wdech, przewróciła się na bok i zaczęła kaszleć. Ostatnie pokłady mroku uciekły w popłochu z jej wnętrza. Choć ona nie mogła tego słyszeć, wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. Musiałam pokierować ją do końca.
– Wstań i idź naprzód.
Nie bez problemów, ale w końcu podniosła się i zaczęła krok po kroku zbliżać się do lustra.
– Co ona robi? – Pierwszy wyraźnie się zaniepokoił.
– Ona to zrobi…
– Nie, tak nie może być…
Tak jak wtedy, tak i teraz Głosy chciały odwieść ją od prawdy. Niegdyś same były Przewodnikami, ale Mrok zdołał je sobie podporządkować i spaczyć. Teraz, spuszczone ze smyczy niczym wściekłe psy, będą ujadać kolejne zagubione osoby tylko po to, aby zadowolić niezaspokojony apetyt swojego pana.
Choć one zbłądziły, ja nie zamierzam. Maleńki płomień, który wciąż się we mnie tli, nie pozwala mi zapomnieć. Póki jeszcze mogę, postaram się wypełnić swoje przeznaczenie.
– Tak, zrobi to! - Mój donośny głos zagłuszył pozostałych podżegaczy.
Dziewczyna dotknęła lustra. Tym razem nie rozsypało się w drobny mak, lecz pękło na wiele różnych kawałków. W każdym z nich znajdował się jeden element wspólny.
Ona.
– Nie! – Pierwszy przybrał postać gwałtownego wiatru, który począł okrążać bohaterkę.
– Jak ona mogła?
– Tak nie może być! – Drugi i trzeci dołączyły do szaleńczego tańca.
Młoda kobieta zdawała się nie widzieć tego, że jej włosy i ubrania falują, jakby znalazła się w samym centrum cyklonu. Rozpaczliwe szepty podobne były krakaniu wron – choć nie dało się go powstrzymać, można było je całkowicie zignorować. Dziewczyna postąpiła dokładnie w ten sposób, będąc zajętą przyglądaniem się powstałej mozaice.
Stanęłam tuż za nią i zobaczyłam to samo, co ona. Każdy fragment skrywał inną „ją”. Jeden był wyraźnie zawstydzony, drugi wściekły, a jeszcze inny skonfundowany zaistniałą sytuacją. Były ich dziesiątki, setki, tysiące. Widoczne mniej lub bardziej wyraźne. Choć niegdyś nie dałaby rady skonfrontować się ze sobą, teraz była w pełni gotowa. Widząc jej determinację, każda, nawet najbardziej oporna wersja „jej” wyraziła akceptację.
Zostało już tylko jedno - zamknąć całą sprawę.
– Zrób to – rzekłam jej na ucho. Choć nie mogła przyjąć tego jak tylko lekki, czuły podmuch wiatru, to wiedziałam, że zrozumie mój przekaz. – Będę tuż obok ciebie.
Zasłoniłam ją całą sobą, będąc gotowa na wszelki atak. Nie myliłam się. Legiony Mroku postawiły sobie za cel złamanie wzniesionej obrony i dotarcie do mojej protegowanej. Nie ważne, jak mocno byłam uderzana i z jakim okrucieństwem zadawano mi ból. To nie miało znaczenia.
Dziewczyna dotknęła lustra.
– Już wiem, kim tak naprawdę jestem. – Prawda została przez nią odnaleziona.
W mgnieniu oka tafla szkła złączyła się w jedno, nie pozostawiając żadnego śladu po niedawnym spękaniu. Głosy wydały swój ostatni lament, po czym zamilkły na zawsze. Młoda kobieta ocknęła się i przez dobrą chwilę rozglądała się, jakby próbowała sobie przypomnieć, co przed chwilą miało tu miejsce. Kiedy konsternacja minęła, zabrała się za przywrócenie porządku w pokoju. Odsłoniła okna, schowała koc do szafy i uprzątnęła pozostałe rzeczy. Następnie zebrała się do wyjścia.
Miałam świadomość, że widzę ją ostatni raz. Otuchy dodawało mi to, że wypełniłam swoją powinność. Wiedziała, kim naprawdę jest i nigdy o tym nie zapomni. Mrok nie zdoła jej skrzywdzić w żaden sposób. Jednak, co najważniejsze, nie popełni mojego błędu. Chciałabym się z nią odpowiednio pożegnać, lecz nie miałam na to już sił. Mój czas nadchodził.
– Żegnaj. – Lekka bryza musnęła jej włosy, niosąc moją ostatnią wiadomość.
Odwróciła się, zapaliła światło i z uwagą rozglądała się po pokoju. Niczego jednak nie dostrzegła. W końcu już mnie tam nie było.
Mimo to jakaś część mnie nadal żyje i żyć będzie. Tam, gdzie było, a przestało być. Wygnana a przyjęta z powrotem. Zjednoczona z pozostałymi po kres czasu.
Dziewczyna uśmiechnęła się, a następnie zamknęła drzwi.
To, co było, zostało już za nią. Mogła w spokoju ruszyć naprzód.

niedziela, 4 marca 2018

[81] Birdbrain ~ Miachar

    Krótka scenka, na którą nie miałam zbyt dużego pomysłu. Ważne, że napisane, może kiedyś  wejdę w świat piratów  na dłużej. Choć nie czuję się w nim jakoś świetnie.

    Przejrzyste niebo pozbawione białych obłoków, do tego słońce prażące tak mocno w kark, że żadna szmatka nie mogła robić za skuteczną ochronę. Tak przyjemny dzionek aż napawał optymizmem i weną, to dlatego nie bacząc na nic, postanowiłem oddać się swojemu ulubionemu zajęciu i wrócić do pisania w głowie powieści, która powinna być poczytna, bo w końcu mój geniusz nie był pospolity.
    - Błękit wód szerokich po horyzont prawie zlewał się z błękitem nieba, jedynie cienka nić jasności oddzielała górę od dołu… - zamruczałem, a kolejna spokojna fala uderzyła bez siły w należący do mnie statek. - Żadne ptactwo nie ośmieliło się zakłócić piękna, które postanowiło objawić się zwykłym wilkom morskim i sprawić, by ci na chwilę zapomnieli o tym, jakimi łotrami potrafili być…

[81] Jak poradzą sobie kozy? ~ Justyna W-R

    Nie mam pojęcia o morskich podróżach. NIE MAM. Nie wiem, czy w tekście nie ma jakichś absurdów. Gdybym miała pisać taką powieść to wybrałabym się w rejs. No i nie skończyłam tego czegoś, urywa się w połowie. Ale powiedzmy, że to takie nowoczesne zakończenie, i że tak miało właśnie być! Jeżeli znacie odpowiedź na pytanie zawarte w tytule, piszcie. ;)

Jak poradzą sobie kozy?

    - Plusk - usłyszałam, i zobaczyłam jak wibrator znika w odmętach okrętowego kibelka.
- Mother kurwa fucker - zaklęłam. A już, gdy wychodząc ze wspólnej łazienki złapałam w ręce pana Wielofunkcyjnego, telefon, brudne ubrania, książkę i ręczniki, przypomniałam sobie, by jeszcze spuścić wodę, wiedziałam, że to nie jest dobry pomysł. Ale kto by tam odkładał wszystkie rzeczy i tracił czas?
    I tak mój ulubiony, kawałek chińskiej, fioletowo różowej żelowej gumy znajdzie się za burtą. Dobrze, że wzięłam ze sobą dublera, bo byłoby kiepsko. Krótki korytarz zaprowadził mnie do kajuty. Nazwałabym ją przytulną, gdyby nie okoliczności. Narzuciłam na piżamę wełniany sweter i wyszłam na spacer. Woda pluskała o burtę, czy też to coś, co jest częścią statku stykającą się z wodą. Nie byłam jedyną osobą, która wybrała się na przechadzkę. Powietrze było chłodne. Przyjemna bryza owiewała mi twarz.

[81] Na morzu nie ma rodziny ~ Aktina

No proszę, jeszcze nie zapomniałam, jak się pisze. W sumie już dawno miałam coś stworzyć do GPK, a temat podpasował, to końcu coś wyszło. Może nie ma tu dużo akcji, ale nawet za takim minimum tęskniłam. Mam nadzieję, że od strony czytelnika tekst wypadnie dobrze. Co prawda z końcówką byłam trochę wredna, ale ciii.. xD

Aktina
Na morzu nie ma rodziny

Leżałem bezwładnie na twardej pryczy, co aktualnie wcale mi nie przeszkadzało. Liczyła się jej stabilność. Względna stabilność. Co z tego, że nie miałem siły ruszyć nawet palcem, wzburzone morze robiło to za mnie. Mimo zamkniętych oczu czułem, jak statek, a razem z nim moja kajuta, unosi się i opada w rytm wysokich fal. Słyszałem masy wody rozbijające się o bulaj. Kiedy okienko zanurzało się poniżej linii wody, półmrok pomieszczenia zamieniał się w nieprzeniknioną ciemność.
Chciałem zasnąć, ale natłok bodźców skutecznie mi to uniemożliwiał. Słyszałem krzyki moich marynarzy znad pokładu, szelest zwijanych żagli. Najwidoczniej sytuacja była poważniejsza, niż mi, szczurowi lądowemu, się wydawało. Z kolei zza ściany dochodziło do mnie głośne chrapanie nieudolnego, choć bardzo taniego kucharza. Nic już z tego nie rozumiałem, ale w powietrzu dało się czuć napięcie, które nie pozwalało mi się odprężyć. Ciągle bolący żołądek również nakłaniał do zachowania czujności.
Kup ten statek, mówili. Będzie fajnie, mówili. Dlaczego wtedy zapomniałem, że moi „przyjaciele” są największymi materialistami na świecie. Owszem, dołożyli mi brakującą sumę, lecz wyłącznie w zamian za olbrzymi udział w zyskach kilku pierwszych transportów. Przy tym to na mnie spoczęły wszystkie obowiązki zatrudnienie załogi, przekonanie kupców i producentów, aby powierzyli mi, człowiekowi, który całe życie spędził na lądzie, swój towar. Na szczęście wyjątkowo konkurencyjne ceny zadziałały.
Zawsze patrzyłem na morze z pewnym... pożądaniem? Intrygowała mnie siła tego żywiołu, ale nigdy nie wyszedłem poza obserwację z wybrzeża. Powstrzymywało mnie to, że właśnie morze zabrało mi matkę.
Nie można się dziwić, że ojciec źle przyjął decyzję o moim zakupie. Nie jest też czymś wyjątkowym moje postawienie na swoim. Miałem dwadzieścia osiem lat i świat stał przede mną otworem. Przynajmniej tak wtedy mi się wydawało.
Musiałem zasnąć, ponieważ do świadomości przywrócił mnie dopiero donośny krzyk gdzieś nad moją głową. Zerwałem się na równe nogi, natychmiast przytrzymując ściany. Statek kołysał się dużo mocniej niż... jakiś czas wcześniej. Nawet stąd słyszałem wodę przelewającą się przez pokład. Nadeszła burza, którą już z rana przewidział mój kapitan. Wątpiłem, abym się do czegoś przydał, ale w ciemnościach namierzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz. Natychmiast trafiłem na jednego z majtków. Zdawał się kompletnie nie zauważać nic przed sobą, ponieważ odbił się ode mnie i chciał już biec dalej, ale chwyciłem go za ramiona i odwróciłem w moją stronę. Mężczyzna był czarnoskóry, a mimo to wyraźnie widziałem, że zbladł z przerażenia. W rozbieganych oczach czaiła się panika.
– Co tam się dzieje? – zapytałem najspokojniej jak mogłem, ale z każdą sekundą coraz wyraźniej słyszałem zamieszanie nad nami. – Gdzieś wybiło dziurę? Maszt się złamał? Mów! – nie wytrzymałem już.
– Piraci! – krzyknął, po czym wyrwał się z mojego uścisku i uciekł w głąb statku.
– A to zaraza. Nie dadzą człowiekowi spokojnie przespać sztormu.
Nawet nie zauważyłem, kiedy z sąsiedniej kajuty wyszedł kucharz, już w pełni obudzony. W słabym świetle zauważyłem błysk idealnie wypolerowanej strzelby.
– Pan ma broń? – zdziwiłem się. Przecież tylko przewoziliśmy towar, byliśmy pokojowo nastawieni.
– A ty nie? – Początkowo chyba czekał, aż wyciągnę rewolwer zza pleców, ale szybko zrozumiał, że jestem całkowicie bezbronny. – Panie Queeney...
– Rob – poprawiłem go. Nie wiem, dlaczego nagle postanowiłem przejść z nim na „ty”.
– Widzisz to? – Podsunął się do lampy i zdjął czapkę, bez której nigdy go nie widziałem. Podszedłem bliżej. Podstawę jego czaszki znaczyła brzydka, gruba blizna. Resztki włosów można było znaleźć dopiero powyżej niej. – Kiedyś też myślałem, że na statku handlowym nic mi się nie stanie, aż dostałem w tył głowy od podrzędnego pirata i straciłem węch. Nigdzie na morzu nie jesteś bezpieczny. Tym bardziej pod kupiecką flagą.
– Przecież jest sztorm. Mogą stracić żagiel – zauważyłem. Po kilku tygodniach na morzu nauczyłem się tej podstawowej zasady. Statek bez żagla jest do... niczego.
– Co im za różnica, skoro w razie czego na zdobytym statku znajdą nowe żagle.
Kucharz nie miał zamiaru odpowiadać na kolejne pytania. Nabił strzelbę i szybko skierował się na pokład. Chwilę walczyłem ze sobą, z własnym strachem. Mimo to pobiegłem w ślad za nim.
Po postawieniu pierwszego kroku na górze, nie mogłem połapać się w zastanym tam chaosie. Nie rozróżniałem swoich od wrogów. Słyszałem wystrzały z broni, ale również szczęk szabli. Przenosiłem wzrok z jednej walczącej grupy na drugą. Widziałem, jak mężczyzna dostaje kulkę prosto w brzuch, a spomiędzy jego palców zaczyna przesiąkać krew. Chwał się chwilę, a później silna fala ścięła go z nóg i porwała za burtę. Nie został po nim żaden ślad, nawet czerwone plamy na ciemnych deskach. Woda zmywała wszelkie dowody walki, łącznie z niektórymi trupami.
– Życie ci niemiłe? – Krzyk kapitana był na tyle donośny, że przebił się przez ogólny hałas. Stał tuż obok mnie. W jednej ręce trzymał szablę, a w drugiej pistolet. Patrząc na głębokie rozcięcie na jego lewym ramieniu i ilość krwi, która wsiąkła w koszulę i kapała na podłogę, wątpiłem, aby był zdolny wystarczająco szybko pociągnąć za spust w razie potrzeby.
– Nie mogłem tam siedzieć. Musiałem zobaczyć, co tu się dzieje.
– Uciekaj do najdalszej kajuty, zablokuj drzwi i módl się, żeby zadowolili się tymi ofiarami i nie szukali prywatnych skarbów załogi. Może uda nam się ich odstraszyć.
Tchórzostwo zaczęło we mnie wygrywać. W głowie przeglądałem plany statku i już wiedziałem, gdzie będę najbezpieczniejszy. Na chwilę straciłem koncentrację i nie zauważyłem, że na arenie pojawił się jeszcze jeden gracz, przed którym ustępowali inni piraci.
Nagle usłyszałem cichy jęk, a później ten sam kapitan, który kazał mi ratować życie, upadł na mnie całym ciężarem. Odruchowo chciałem go podtrzymać, ale wtedy podniosłem wzrok. Jakieś pięć metrów od nas stała kobieta z wciąż uniesionym pistoletem. Natychmiast odrzuciłem od siebie ciało mężczyzny. Ponownie skupiłem się na kobiecie. Dopiero teraz zrozumiałem, że była ich dowódcą. W głowie jednak przeskoczyły mi zupełnie inne tryby. Mimo blizny szpecącej jej twarz, prawie się nie zmieniła. Oczami wyobraźni widziałem stare zdjęcie w albumie ojca. Jedyne, które miałem z mamą, jeszcze jako kilkumiesięczne dziecko.
Twoją matkę zabrało morze”. Nagle dotarł do mnie prawdziwy sens słów ojca.
Byłem tak zaskoczony, że bez żadnego sprzeciwu pozwoliłem się schwytać. Wykręcili mi ręce do tyłu i popchali bliżej swojej pani kapitan.
– Piękny statek. Ach, przepraszam. To nawet nie jest statek, to „Krypa” – powiedziała kapitan, Charlotte. Chyba że zmieniła swoje imię razem z trybem życia.
Przypomniała mi się historia mojej głupoty, kiedy handlarz okrętów, po mojej kolejnej wizycie i targowaniu się, powiedział: „A bierz pan tę krypę za połowę ceny i daj mi święty spokój!”  Wziąłem to określenie za żartobliwą nazwę statku i kazałem wymalować tę nazwę na burcie. Nikt nie raczył mnie wtedy uświadomić, a ja teraz nie zamierzałem się tłumaczyć. Miałem inne pytania.
– Dlaczego? Dlaczego nas zostawiłaś?! – Po kilku sekundach bez odpowiedzi zacząłem podejrzewać, że po prostu nie wie, kim jestem. Chciałem to wytłumaczyć, kiedy jednak się odezwała.
– Twój ojciec nigdy nie rozumiał zewu morza. Co ciekawe, ty również go doświadczyłeś, chociaż myślałam, że wpływ Georga kompletnie zniszczy w tobie wolność, która jest w naszych genach.
– Wiedziałaś, że mnie tu znajdziesz? – Próbowałem wyrwać się z uścisku dwóch mężczyzn, ale nie dałem rady. Musiałem patrzeć, jak moja matka odchodzi, wydając rozkazy swojej załodze, która nagle zebrała się w jednym miejscu. Najwidoczniej zabili już wszystkich.
– Słyszałam plotki. – Nie raczyła nawet spojrzeć mi w oczy.
– Zastanawiałem się, kiedy nastąpi ten dzień. Śnił mi się wielokrotnie... – Wiedziałem, że zachowuję się jak mały chłopiec, ale w tamtym momencie nie obchodziło mnie to. Nie zwracałem nawet uwagi na ilość świadków. – Możemy się poznać, mamo...
– Na morzu twoją rodziną jest załoga. Każda inna tylko rozprasza – przerwała mi.
W tym samym momencie poczułem lufę pistoletu przyłożoną do tyłu głowy. Zacząłem rozpaczliwie łapać powietrze zaciskającym się ze strachu gardłem. Ucisk w żołądku nie przypominał tego związanego z chorobą morską, a serce tak mi dudniło, że jego dźwięk zagłuszał wszystko inne.
Nie chciałem umrzeć. Chciałem poznać matkę. Otworzyłem usta, aby wyrazić moją gotowość na wszystko, co tylko zechce. Nie będę nazywał ją mamą, dołączę do jej załogi, będę wykonywał wszystkie rozkazy. Tak wiele słów, tak mało czasu, aby zdążyć przed wystrzałem...

niedziela, 25 lutego 2018

[80] (3) Uwolnić się ~ Miachar


                Przedpołudnie z zarkorkowanymi głównymi ulicami miasta. Dźwięk klaksonów, okrzyki coraz bardziej poirytowanych kierowców. Hałas spowodowany kolejnym przejażdżającym tuż obok pociągiem. Idealne warunki, by nie dać o sobie znać tym, którzy nie powinni wiedzieć, że w ogóle istnieję. A mimo to czułam, jakbym cały czas była na czyimś celowniku, a leżąca na stole koperta z zawartością tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, iż powinnam mieć się nadal na baczności, bo nie jestem bezpieczna.

[80] (2) Ding Dong przy nadgarstku ~ Miachar


                Dwie pary oczu zgodnie utkwione na przeciwległej ścianie, śledzące wskazówki zegara. Promienie popołudniowego słońca wpadające do sali przez cztery duże okna i rozświetlające rzędy ławek. Odmierzane kolejne sekundy, a do tego westchnięcia jednego z dwóch nastolatków spędzających tu czas i wyglądających, jakby właśnie odbywali najgorszą karę w swoim życiu.
                - Gdzie on jest?! - zapytał ten bardziej znudzony i poirytowany. Jego towarzysz w tym czasie próbował trafić zgniecioną puszką po słodkim, ciemnym napoju do kosza ustawionego na przodzie sali.

[80] (1) Muszę... ~ Miachar


                Przez okno do pomieszczenia wpadał lekki zefirek, unoszący kosmyki moich włosów i drażniący policzki mojej towarzyszki, która nie chciała wypuścić mnie ze swojej komnaty.
                - Musisz wracać? - zapytała, przystając przede mną i chwytając moją twarz w swoje dłonie.
                - Muszę, przecież dobrze o tym wiesz - odparłem, ściskając jej palce, pochylając się do przodu i składając na jej policzku słodki, pożegnalny pocałunek. - Wiele już tutaj przeżyłem, ale nigdy nie zdołałem się poczuć jak u siebie. Jeśli nie wrócę, moje serce nie zazna spokoju.
                - Ale ja nadal nie rozumiem. Dlaczego teraz? Dlaczego po tylu latach i przygodach? Dlaczego chcesz odejść, kiedy w końcu zapanował pokój, a my możemy żyć razem, szczęśliwi i wieczni?

[80] Pożegnaj jutro: Błyskotki jaskółki ~ Laurie


Pożegnaj jutro: Błyskotki jaskółki

Scena krótka i pewnie niezbyt dopracowana, ale na więcej nie pozwala mi czas. W sumie do wszystkich trzech tematów pojawiły się pomysły, co więcej, dość różnorodne. Tu zdanie jest trochę sparafrazowane ze względu na układ, ale kolejny los bohaterów „Pożegnaj jutro” został odhaczony. Może w końcu uda mi się ruszyć z główną serią.

poniedziałek, 19 lutego 2018

[79] Lubię makaron ~ Justyna W-R.



Jest dwudziesta druga dziesięć. Skończyłam pisać tekst. Chora jestem i latorośl też. W głośnikach Pearl Jam. Bierzcie i czytajcie to, kto zechce. Nawet jeżeli nikt tego nie przeczyta to z rozkoszą to napisałam.
           
Lubię makaron

[79] WYSPA SENTIEL ~ MAG



WYSPA SENTINEL
– Proszę usiąść. Kawy? Herbaty?
Gabinet był urządzony jak w pałacu Ludwika XVI. Poczułem się jak w muzeum. Wszystko było takie zabytkowe, cholera wie, może nawet oryginalne, aż trochę mnie zatkało. Nie spodziewałem się tego po tym młodym, dość niedbale ubranym doktorze. Ten spojrzał na mnie pytająco, ponieważ nadal stałem, nie wiedząc, czy mam klapnąć na fotelu, czy na sofie.

[79] Nocą opowiedziane ~ Laurie



Nocą opowiedziane

Zgodnie z obietnicą tym razem dałam Vivian spokój. I tak ma sporo zmartwień ostatnimi czasy, a jak wiecie, jej przeszłość w „Pożegnaj jutro” normalna nie była. Tak więc zmieniłam obiekt swych niecnych celów za paczkę żelków^^ Tym razem przenoszę Was na kilka chwil w przyszłość – tę bardziej optymistyczną – Corrie, którą może pamiętacie z tych kilku tekstów, w których miała przyjemność wystąpić.

Wiesz, Izuru, nie znoszę zimna. To zabawne, bo przecież Yukikaze jest zimnym, wolnym wiatrem. Od lar się ze mnie śmiejecie z tego powodu, choć nikt nie zna przyczyny. I ja sama jej nie znałam przez długi czas, nie zorientowałam się, że to takie proste.

[79] A los siete años ~Miachar

            Niektóre późne popołudnia przynoszą ze sobą zmęczenie po ciężkim dniu, niektóre pozwalają wziąć głębszy oddech i wreszcie zacząć żyć, dobrze się bawić. Niektóre są pełne słońca, inne pełne deszczu i chmur. Niektóre mogłyby skończyć się szybko, inne trwać jak najdłużej.
            Szklanka z  cieczą znalazła dla siebie miejsce na dębowym stoliku kawowym, mimo swojego jawnego istnienia pozostawała niewidzialna, przegrywając ze słowami, które powoływano po to, by spróbować wskrzesić przeszłość.
            To późne popołudnie było czasem wyznania, które nigdy nie powinno opuścić tych czterech ścian, gdzie zostało ukazane.

niedziela, 11 lutego 2018

[78] Twój największy strach [Blind Faith] ~ Miachar




To się dzieje
                Pył unosił się w powietrzu, wirował  i osiadał na betonowej posadzce. Odgłos następujących po sobie kroków rozbrzmiewał kilkukrotnym echem. Oddech pogoni jeszcze się nie pojawił, ale od strony ulicy rozlegał się sygnał radiowozu. Czyli już mieli jego trop.
                - Cholera - wysyczał i wypadł z budynku przez dziurę, która jeszcze miesiąc temu nie istniała, zakryta drzwiami. Biegł przed siebie, prawie spadł ze schodów, ale zdołał zachować równowagę.

[78] Śmiercionośna niszczarka ~ Justyna


            Uchhhh.... Kiepsko jest. Nie mam czasu i chętnie sama bym kogoś zamordowała. Parę zdań tylko, ale napisałam :( Przepraszam tych, którzy się przyłożyli do swoich tekstów (albo są z działu marketingu).

            Zakradłam się do niszczarki – na tyle o ile można zakraść się gdzieś w piętnastocentymetrowych obcasach i przecudnej urody kostiumiku od Gucciego. Na kartkę wypaprałam dwie krople krwi, napisałam „Janusz” i wrzuciłam do szpary w urządzeniu. Maszyna zawarczała i pożarła kartkę. Upewniłam się, że operacja się udała po czym przemknęłam przez biuro w stronę swojego stanowiska. Nie chciałam, by ktoś zauważył, że wrzucam papiery do niszczarki, bo mógłby mnie poprosić o pomoc, a pasjans się przecież sam nie ułoży.

[78] Zapis ~ MAG


    Zapis

    Nasza rodzina  była z pozoru zwykłą rodziną jakich wiele. Może wyróżniało nas to, że mieszkaliśmy w wielopokoleniowym domu. Na dwóch piętrach żyliśmy sobie z dziadkami i rodzicami. Nie mieliśmy zatargów, ot czasem jakieś małe sprzeczki, ale nigdy nie zdarzyło się, abyśmy się gniewali na siebie dłużej niż godzinę. Sielanka? Nie. Po prostu jesteśmy od siebie zależni i możemy polegać tylko na sobie…
Wieki temu nasz klan był bardzo liczny. Dziś jest nas niewielu i nie mamy szans na przetrwanie. Prawdopodobnie nasz pięcioletni syn będzie ostatnim potomkiem rodziny. Nasi praprzodkowie wywodzili się z Amazonii. Rodzili się z bardzo jasną skórą i błękitnymi oczami, które z czasem jeszcze bardziej jaśniały. Uważani byli za półbogów. Składano im ofiary i żyli sobie całkiem dobrze, ale przyszedł czas, gdy Amazonia stała się dla nich za nudna i zapragnęli zmian. Rozjechali się po całym świecie i to był początek naszego końca, który trwał przez wieki, a właśnie teraz znajduje finał na naszym synu.

[78] Pożegnaj Jutro: To, co utraciła ~ Laurie


Pożegnaj jutro: To, co utraciła

Nie spodziewałam się, że zwycięży temat, na który głosowałam, ale wygląda na to, że mam dobry tydzień, skoro obok tego wyszło również parę innych przyjemnych rzeczy. Były i nieprzyjemne, przez co myślałam, że ten tekst stanie pod znakiem zapytania. Zresztą na początku zaczęłam pisać coś nieco innego, potem koncepcja się zmieniła i przez moment sądziłam, że powstaną dwa teksty – oba spod znaku „Pożegnaj jutro”. Połączyłam je jednak i tak powstała kolejna karta odsłaniająca przeszłość Vivian z muzycznym tłem od Evanescence i ich „My immortal

I'm so tired of being here,
Suppressed by all of my childish fears

poniedziałek, 5 lutego 2018

[77] Ghost in the wind ~ Miachar

        Ciemność zalegająca w pokoju, zwalczana przez jasnosć tylko w jednym pasie. Względna cisza, którą zakłócają jedynie dźwięki płynące z ekranu telewizora. Byłam w pokoju sama, co tego dnia było jak najbardziej zrozumiałe. Świadomie i z pełną premedytacją odcięłam się od tego, co działo się piętro poniżej; zamykając się w czterech ścianach najmniejszego pokoju należącego już tylko do mnie budynku, jasno dałam do zrozumienia, że nie pragnę niczyich słów czy spojrzeń, a także poklepywania po plecach. Chciałam uciec i należało mi ułatwić wykonanie tego planu.

[77] Pożegnaj jutro: Rodzina ~ Laurie

Pożegnaj jutro: Rodzina

Tym razem zabieram Was w podróż w przyszłość bohaterów „Pożegnaj jutro”, a na główny plan wychodzi moja najbardziej rodzinna bohaterka, Anika. W poprzednich tekstach z cyklu mogliście poznać ją jako rozpuszczoną księżniczkę Vongoli, dziś jednak przedstawiam już pełnoprawną damę mafii, żonę i matkę, ale też kobietę wciąż tak samo kochającą swoją rodzinę.

[77] Ku chwale kombinatu! ~ Justyna W-R

Oesu. Nie lubię takich jednoznacznych tematów, w których nie można poszaleć. Jednocześnie wczoraj byłam na zajebistym metalowym koncercie, w którym prawdopodobnie przekroczono normy głośności i mój łeb mi pęka, a ciało boli od wywijania. I nie chce mi się poprawiać tego tekstu. Jeden z zespołów, które mogę polecić, idealny soundtrack do lepienia pierogów albo robienia karmików na zajęcia techniczne: https://www.youtube.com/watch?v=5xpdnFyQcmQ

poniedziałek, 29 stycznia 2018

[76] Świetny pomysł ~ Laurie

Świetny pomysł

Napisać tekst fantastyczny ze smokiem w roli głównej nie jest łatwo. Do tego w tym tygodniu mamy dialog do wykorzystania i nie jestem pewna, czy moi bohaterowie skłonni byliby do wypowiedzenia takich słów. Czasami długo debatujemy nad takim zadaniem, a co z tego wychodzi, przekonajcie się sami.