Ciemność.
Otaczała mnie z każdej strony. Czułam ją każdą częścią swojego ciała. Mówi się, że człowiek stoi na samym czubku drabiny stworzeń żywych. Może to i prawda. Lecz, stojąc na krawędzi nieskończonej i wiecznie głodnej otchłani, traci wszystkie zdobycze i osiągnięcia kultury. Zmienia się w zwierzę: przerażone, zdezorientowane i mające za cel tylko jedno.
Przeżyć.
Moje myśli zdawały się grzmieć niczym bijące dzwony. Z wielkim trudem powstrzymywałam się przed tym, aby zwinąć się w kłębek. Głosy w mojej głowie mówiły mi: „Odpuść sobie”, „Na co ci to?”, „Przestań, NATYCHMIAST!” i tak dalej, i tak dalej. Bardziej obawiałam się tych, które pochodziły „z zewnątrz”. Znajdowały się tuż przy mnie w każdym momencie. Czy to w słoneczny czerwcowy dzień, czy w mroźną i pogrążoną w śnieżnej zamieci noc. Ich domeną była ciemność – decydując się na ten krok, niejako z własnej woli wstąpiłam do królestwa, które nigdy nie będzie przyjazne dla ludzi. Byłam jak owca wśród wilków.
– Witaj... – przywitał się pierwszy z Głosów.
– Ona słyszy… Słyszy NAS... – zawtórował mu drugi.
– Taak… – Oplatały mnie ze wszystkich stron, śpiewając swoją mrożącą krew w żyłach litanię. Raz z lewej, a innym razem z prawej. Z tyłu, bądź z przodu. Nade mną i spode mnie. Były wszędzie i nigdzie. Zawsze i nigdy.
Zasłoniłam okna w pokoju i upewniłam się, że wszelkie potencjalne źródła światła zostały unicestwione. Byłam w domu wyłącznie sama. Kiedy wszystkie warunki zostały spełnione, mogłam zmierzyć się ze swoim największym koszmarem. Oczywiście, mogłabym uciec – w końcu robiłam to już nieraz, co jak dotąd spełniało swoją zasadniczą rolę. Czas jednak na zmiany. Ucieczka nie będzie trwała przez całe życie. W końcu, w najmniej oczekiwanym momencie, potknę się i wyląduję bezbronna na ziemi, zdana na łaskę swojego oprawcy.
Wyciągnęłam rękę do przodu. Poczułam miękki i przyjemny w dotyku koc. Jak coś tak delikatnego, tak niewinnego, może skrywać za sobą swoje zupełnie przeciwieństwo? Przez moje ciało przeszedł impuls, który chwilowo mnie sparaliżował. Miałam pewność, że to, co zostało ukryte, chce za wszelką cenę wzbudzić we mnie strach. I udało mu się – trzęsłam się jak nigdy dotąd. Nie wiedział tylko najważniejszego.
Im bardziej się bałam, tym większa była moja determinacja.
– Co ona robi? – Pierwszy wyraźnie się zaniepokoił.
– Ona to zrobi…
– Nie, tak nie może być…
– Tak. Zrobi to! – Był to inny, nieznany mi dotąd głos. Co dziwniejsze, zdawał się mi sprzyjać. Nie zamierzałam już dłużej czekać.
Teraz albo nigdy!
Zerwałam koc.
Moim oczom ukazał się obiekt, który skrywał w swym wnętrzu największy a zarazem najgorszy sekret. Coś, czemu nie mogę przyglądać się bez odczucia bólu. Co prześwietla mnie na wskroś.
Lustro.
Choć pokój pogrążony był w egipskich ciemnościach, a ja sama nie mogłam dostrzec swojej ręki czy nogi, bez większego problemu ujrzałam przed sobą tę istotę. Stała tuż przede mną, wpatrując się mętnym, zimnym wzrokiem. Wielkie i ciężkie krople potu oblały jej twarz. Zęby zgrzytały tak głośno, że zdawało się, jakby miały za chwilę pęknąć. Kiedy sądziłam, że najgorsze już minęło, postać wydała z siebie przeraźliwy krzyk, przepełniony rozpaczą i grozą, wnikający w ciało oraz druzgocący wszystkie organy. Stojąc tak – bezbronna, otumaniona, niewrażliwa zupełnie na nic – pogodziłam się ze świadomością, przed kim właśnie stałam.
To byłam ja.
Widywałam ten obraz niezliczoną ilość razy. Nie powinnam reagować w tak szaleńczy sposób na znajomy widok, lecz w obliczu siebie samej przekonałam się, jak bardzo nie znam własnej osoby.
Nie ufam. Nienawidzę.
Lecz wtedy stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewała ujrzeć. Zobaczyłam, jak moje odbicie mrugnęło do mnie. Ogarnęła mnie panika. W końcu jak mogło tego dokonać? Czy to tylko przywidzenie, czy też zaczęłam odchodzić od zmysłów? W przypływie emocji wykonałam odruchowy ruch – uderzyłam pięścią w taflę szkła, która rozsypała się niczym piach niesiony przez rześki wiatr w słoneczne popołudnie na plaży.
Był to wielki błąd.
Uderzenie odebrało mi wszelkie siły, stąd po chwili leżałam na posadzce, mieniącej się równie jasno jak gwiezdny pył. Słaba, bierna, pozbawiona wszystkich sił. Chciałam płakać, krzyczeć, wić się jakbym została opętana. Nie byłam jednak w stanie. Nie mam pojęcia, czego od siebie oczekiwałam. Wszystko poszło na marne – ostatnia i jedyna szansa na zgłębienie nurtującej mnie zagadki została utracona. Odrzuciłam szansę na wejście do rajskiego ogrodu. Wybrałam życie na Ziemi – kruche, pogrążone w strachu, przemocy i oddalaniu się od rzeczy, których nie jestem w stanie zrozumieć.
Zmiana przyszła znienacka. Niedawny blask został pochłonięty przez otchłań, w którą teraz sama zostałam wciągnięta. O dziwo, nie poczułam żadnego bólu. Zresztą, jak czegokolwiek innego. Spadanie w głąb siebie trwało i trwało. Przez krótki moment zdawało mi się, że hen, u góry widzę kontury tajemniczych postaci. Obserwowały mnie i wskazywały swoimi niekształtnymi koniczynami. Szepty przybierały na sile. Właściwie to nie były już ani szepty, ani głosy, ani nawet krzyk. Ugrzęzłam w tej gęstej mieszaninie, która wciągała mnie na dno. Traciłam czucie nad kolejnymi członkami ciała, aż w końcu odebrano mi umysł. Zapomniałam, kim jestem i co to znaczy BYĆ. Czy kiedykolwiek byłam, a jeśli tak, to na czym to polegało? Byłam jedna JA czy było nas więcej? Czy coś nas ze sobą łączyło?
Kap.
Lata, dekady, wieki, tysiąclecia, ery i całe eony później. Dotarłam do celu swojej podróży. Ocean Wszechbytu wzywał mnie, nas wszystkich. Kres był tak blisko, wręcz na wyciągnięcie ręki.
Kap, kap.
Chlupnięć było coraz więcej. Tylko one zakłócały doskonałą w swojej istocie ciszę. Ja także miałam być źródłem niepożądanego hałasu, co mnie niezmiernie wstydziło. Radowałam się tym, że odkupię swoją winę i to dosłownie za moment. Ciekawiło mnie, czy oprócz mnie jest tu ktoś jeszcze. Inne jednostki, które przebyły tę drogę razem ze mną. Czy cieszyłam się z ich obecności? A może byłam zazdrosna, że nie ja jedna dostąpiłam ekstazy. Nic z tych rzeczy. Po prostu… chciałam się zjednoczyć z nimi wszystkimi. Przestać i zacząć być na nowo.
Kap, kap, kap.
Zanurzyłam się w wodzie o nieznanym mi nigdy chłodzie. Przez chwilę złączyłam się z całą resztą. Poczułam ich wszystkie myśli, doznania, historie. W zamian oni doświadczyli moich. Było to gwałtem, lecz i aktem miłości. Miłości umysłu. Kochaliśmy się jak nigdy wcześniej. Było nam tak dobrze, lecz... Wiedziałam, że koniec już nadszedł. Nie czułam żadnego żalu. Po prostu tak było trzeba. Wyraziłam zgodę i…
Koniec.
NIE!
Jeszcze nie.
Patrzyłam z góry na leżące pośród szklanego pyłu ciało. Dziewczyna była blada jak śmierć i zdawała się nie oddychać. Mrok wyciągał po nią swoje wieczne głodne macki. Był na tyle pyszny, że nie spodziewał się żadnego oporu. Tak, kiedyś mu się powiodło. Niezliczoną ilość razy.
Tym razem musiało być inaczej.
Musiałam jej przypomnieć. Przypomnieć, kim naprawdę jest.
– Zbudź się!
Otworzyła oczy. Zaczerpnęła głęboki wdech, przewróciła się na bok i zaczęła kaszleć. Ostatnie pokłady mroku uciekły w popłochu z jej wnętrza. Choć ona nie mogła tego słyszeć, wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. Musiałam pokierować ją do końca.
– Wstań i idź naprzód.
Nie bez problemów, ale w końcu podniosła się i zaczęła krok po kroku zbliżać się do lustra.
– Co ona robi? – Pierwszy wyraźnie się zaniepokoił.
– Ona to zrobi…
– Nie, tak nie może być…
Tak jak wtedy, tak i teraz Głosy chciały odwieść ją od prawdy. Niegdyś same były Przewodnikami, ale Mrok zdołał je sobie podporządkować i spaczyć. Teraz, spuszczone ze smyczy niczym wściekłe psy, będą ujadać kolejne zagubione osoby tylko po to, aby zadowolić niezaspokojony apetyt swojego pana.
Choć one zbłądziły, ja nie zamierzam. Maleńki płomień, który wciąż się we mnie tli, nie pozwala mi zapomnieć. Póki jeszcze mogę, postaram się wypełnić swoje przeznaczenie.
– Tak, zrobi to! - Mój donośny głos zagłuszył pozostałych podżegaczy.
Dziewczyna dotknęła lustra. Tym razem nie rozsypało się w drobny mak, lecz pękło na wiele różnych kawałków. W każdym z nich znajdował się jeden element wspólny.
Ona.
– Nie! – Pierwszy przybrał postać gwałtownego wiatru, który począł okrążać bohaterkę.
– Jak ona mogła?
– Tak nie może być! – Drugi i trzeci dołączyły do szaleńczego tańca.
Młoda kobieta zdawała się nie widzieć tego, że jej włosy i ubrania falują, jakby znalazła się w samym centrum cyklonu. Rozpaczliwe szepty podobne były krakaniu wron – choć nie dało się go powstrzymać, można było je całkowicie zignorować. Dziewczyna postąpiła dokładnie w ten sposób, będąc zajętą przyglądaniem się powstałej mozaice.
Stanęłam tuż za nią i zobaczyłam to samo, co ona. Każdy fragment skrywał inną „ją”. Jeden był wyraźnie zawstydzony, drugi wściekły, a jeszcze inny skonfundowany zaistniałą sytuacją. Były ich dziesiątki, setki, tysiące. Widoczne mniej lub bardziej wyraźne. Choć niegdyś nie dałaby rady skonfrontować się ze sobą, teraz była w pełni gotowa. Widząc jej determinację, każda, nawet najbardziej oporna wersja „jej” wyraziła akceptację.
Zostało już tylko jedno - zamknąć całą sprawę.
– Zrób to – rzekłam jej na ucho. Choć nie mogła przyjąć tego jak tylko lekki, czuły podmuch wiatru, to wiedziałam, że zrozumie mój przekaz. – Będę tuż obok ciebie.
Zasłoniłam ją całą sobą, będąc gotowa na wszelki atak. Nie myliłam się. Legiony Mroku postawiły sobie za cel złamanie wzniesionej obrony i dotarcie do mojej protegowanej. Nie ważne, jak mocno byłam uderzana i z jakim okrucieństwem zadawano mi ból. To nie miało znaczenia.
Dziewczyna dotknęła lustra.
– Już wiem, kim tak naprawdę jestem. – Prawda została przez nią odnaleziona.
W mgnieniu oka tafla szkła złączyła się w jedno, nie pozostawiając żadnego śladu po niedawnym spękaniu. Głosy wydały swój ostatni lament, po czym zamilkły na zawsze. Młoda kobieta ocknęła się i przez dobrą chwilę rozglądała się, jakby próbowała sobie przypomnieć, co przed chwilą miało tu miejsce. Kiedy konsternacja minęła, zabrała się za przywrócenie porządku w pokoju. Odsłoniła okna, schowała koc do szafy i uprzątnęła pozostałe rzeczy. Następnie zebrała się do wyjścia.
Miałam świadomość, że widzę ją ostatni raz. Otuchy dodawało mi to, że wypełniłam swoją powinność. Wiedziała, kim naprawdę jest i nigdy o tym nie zapomni. Mrok nie zdoła jej skrzywdzić w żaden sposób. Jednak, co najważniejsze, nie popełni mojego błędu. Chciałabym się z nią odpowiednio pożegnać, lecz nie miałam na to już sił. Mój czas nadchodził.
– Żegnaj. – Lekka bryza musnęła jej włosy, niosąc moją ostatnią wiadomość.
Odwróciła się, zapaliła światło i z uwagą rozglądała się po pokoju. Niczego jednak nie dostrzegła. W końcu już mnie tam nie było.
Mimo to jakaś część mnie nadal żyje i żyć będzie. Tam, gdzie było, a przestało być. Wygnana a przyjęta z powrotem. Zjednoczona z pozostałymi po kres czasu.
Dziewczyna uśmiechnęła się, a następnie zamknęła drzwi.
To, co było, zostało już za nią. Mogła w spokoju ruszyć naprzód.
